RSS
czwartek, 19 listopada 2009
Beaujolais nouveau

tak Wam tylko przypominam.
ja się nie zniżyłam... ;) siorbię coś więcej lepsiejszego.



no.
to teraz może krótka recenzja aparatu, który testuję i który możecie wygrać w moim zdjęciowym konkursie.
otóż...
jak na lustrzankę, aparat jest zajebiaszczo mały i poręczny :)
taki bym powiedziała kobiecy.
chociaż jak wiadomo kobiety wolą duże sprzęty :D

w porównaniu z lustrzanką mężona (firmy konkurencyjnej), to jest ultra mały aparacik, prawie kieszonkowy.

no i ma zajebiaszczą funkcję, której tamta lustrzanka nie ma - sepię! :) uwielbiam zdjęcia w sepii.

nie ma jednej rzeczy, której zresztą brakuje wszystkim (chyba) lustrzankom - odwracanego wyświetlacza. to zawsze pomaga przy robieniu sobie zdjęć... to moje wyszło tak więcej z dupy właśnie dlatego, że zupełnie nie wiedziałam w co celuję.
ale sam wyświetlacz jest ogromny i superowski :)

22:21, jolinda
Link Komentarze (7) »
poranny peszek

spieszę się do roboty.
pies mnie trąca piłeczką, mężon jęczy że chorutki, a ja przeżywam poranny przyszafowy dramat.
i jeszcze przychodzi SMS.
spodziewam się jakiegoś info o tym, że ktoś z mojego zespołu zachorował, zapił, utknął w korkach, po raz 6 umarła mu ciocio-babcia, nie? i że nie przyjdzie do pracy.
odbieram, paczę-paczę, a tam sms, że mój przyjacielos właśnie skończył urlop, wylądował na okęciu i cierpi, bo że niby zimno i pada.
pfff...
a dobrze mu tak, nie? i tak wygrzewał dupkensa przez 3 tygodnie, podczas gdy ja musiałam marznąć i poginać do fabryki.
no, ale staram się trzymać fason, mimo że mnie wkurw już dopadł, bo rura właśnie podarła mi cudem odnalezioną ostatnią parę beżowych rajtek.
więc odpisuję.
witamy! całusy poranne.

zaraz po tym, jak klikam wyślij, widzę, że odpowiedziałam na sms'a, owszem... ale wiadomość wysyła się właśnie do mojego ex-szefa...
FAK!
a weź zatrzymaj iPhona... nawet baterii się mu nie da wyjąć, nie? gównito badziewiaste...

poszło.
dobra. luz.
na szczęście ludzie, którzy mnie znają wiedzą, że zdarza mi się wysłać smsy z dupy, bo nigdy szczególnej wagi nie przykładam do kogo co leci.
wyślę sprostowanie, nie?
yyy... tylko jakie...
no dobra. skleciłam coś przepraszająco-żartobliwego.
wysyłam.

aaaaaaale.
poszło jeszcze do kogoś innego. macie pojęcie?!?
nosz w dupę węża!
oraz:
taaaa-daaaa...!
może dlatego, że jedną ręką szukam nowych rajtek, nogą zrzucam szpilki, bo przecież muszę zmienić rajstopy, paszczą drę się do mężona, że niech je ile chce, a nawet niech se w dupę wsadzi te tabletki, jeśli mają mu pomóc.

i teraz tak.
mam cholerną świadomość, że:
a) nie odpisałam przyjacielowi
b) 2 osoby są więcej niż zdziwione tym, co ode mnie dostały
c) mój telefon powiedział, że ma mnie głęboko i postanowił się wyłączyć bez ostrzeżenia
d) ładowarka mieszka w pracy

BOSKO.
nie ma to jak z przytupem zacząć dzień...

no, teraz to już może być tylko lepiej :)

11:43, jolinda
Link Komentarze (10) »
środa, 18 listopada 2009
fotowieczornarelacja
dzisiejszy wieczór w naszym nowym gniazdku miłości ;)







21:57, jolinda
Link Komentarze (6) »
1 wpis konkursowy - rozwiązanie

mili moi...
CZAS STOP!
nie wysyłajcie mi już odpowiedzi na pierwsze pytanie konkursowe, nie będę ich nawet czytać ;)

no naprawdę nie miałam pojęcia, że tyle osób weźmie udział w konkursie!
prawdziwe wow.

bardzo dziękuję za odpowiedzi i gratuluję wszystkim, którzy zdobyli upragniony Punkt.

prawidłowa odpowiedź toooooo... - pieczywo ryżowe! takie zwykłe, bez smaku, soli, cynamonu i bez kokosa :)



Wasze dochodzenie na temat smaku, ilości kalorii i błonnika doprowadzało mnie do łez :) jesteście boscy! :D
tym razem byłam dość pobłażliwa, bo to rozgrzewka, aaaaaaale... jak następnym razem pokusicie się o szczegóły, a one nie będą prawdziwe, będę musiała odesłać Was z kwitkiem...
no jakoś muszę wybrać zwycięzcę, nie? :-/

miało być łatwo, ale okazało się, że wcale nie było. wiele osób obstawiało różnego rodzaju piany :D
jednak jakoś nikt nie poszedł tropem mojego pierwszego skojarzenia - ugotowanego móżdżku baraniego :D dziwne, nie? ;)

starałam się odpisywać wszystkim, którzy wzięli udział, ale przepraszam, że byłam więcej oszczędna w słowach... naprawdę przyszło baaaaaaardzo dużo maili. dziwna że mi się skrzynka nie rozpękła ;)

no to co?
kłaniam się w pas i zapraszam do odwiedzin.
następne pytanie konkursowe już wkrótce. przypominam, będzie ich 8 w ciągu miesiąca.

całusy,
Dżola.

21:43, jolinda
Link Komentarze (27) »
wtorek, 17 listopada 2009
1 wpis konkursowy

Kochani, ponieważ jesteście napaleni na ten konkurs bardziej niż się spodziewałam i zadajecie mi masę pytań technicznych, zaczynamy!
Bo nie ma to, jak w praktyce przejść przez problem, a nie tylko teoretyzować. Przy okazji kłaniam się w stronę księży wypowiadających się o związkach partnerskich i wychowywaniu dzieci.

A teraz uwaga, skupcie się. Na rozgrzewkę coś łatwego :)

Zdjęcie konkursowe nr 1:




Pytanie konkursowe nr 1:
Co widnieje na powyższym zdjęciu?


Trochę technikaliów, czyli jak wygrać:
- odpowiedź na pytanie konkursowe wysyłacie mailem na adres: xxx@xxx.xx
- jedna osoba może wysłać jedną odpowiedź do danego pytania konkursowego, za poprawną odpowiedź otrzymuje jeden punkt
- macie na odpowiedź 24h od momentu publikacji zdjęcia
- każdy, kto odpowie prawidłowo, dostanie ode mnie maila zwrotnego, że właśnie otrzymał upragniony punkt (niekoniecznie natychmiast, ale niezwłocznie :), np. w ciągu 2 dni od ogłoszenia pytania)
- udzielacie możliwie dokładnej odpowiedzi, np. jeśli na zdjęciu będzie coś czarnego i włochatego, to nie wystarczy przysłać odpowiedź 'futro', prawidłowa odpowiedź, to np. 'futro z łapy czarnego psa', jeśli oczywiście można taki wniosek ze zdjęcia wyciągnąć
- po upływie czasu na zgłaszanie odpowiedzi do danego pytania konkursowego, opublikuję na blogu rozwiązanie zagadki
- będzie 8 pytań konkursowych, czyli do zdobycia jest maksymalnie 8 punktów
- wygrywa osoba, która zdobędzie najwięcej punktów
- jeśli więcej niż jedna osoba zdobędzie ilość punktów uprawniających do zwycięstwa, dla tej grupy osób zorganizuję dogrywkę - 3 dodatkowe zdjęcia, jeśli dogrywka nie wyłoni zwycięzcy, zorganizuję czasówkę - po publikacji zdjęcia (oszywiście nie zdradzę kiedy to zrobię), kto pierwszy z grupy finałowej, ten lepszy (a sa sa sa!)
- zwycięzca konkursu bierze aparat i ucieka robić zdjęcia :)

no i chyba tyle :)
trzymam kciuki, przede wszystkim za dobrą zabawę.

GOŁ!
Szczegółowy Regulamin.

21:40, jolinda
Link Komentarze (15) »
stare vs. nowe

pamiętacie człapaki, co to je sobie w amsterdamie zanabyłam?
super modne?
za 100 EUR?
jesienno-zimowe?

aha.
wyglądają obecnie tak:



no więc nie trzeba się urodzić jako sherlock holmes, ani nawet monk, żeby zauważyć wyraźne ślady suczych zębów.
oj, no i delikatne ślady używania, zgoda. powstały one jednak po dokonaniu dziur i wygryzień podeszwy...
gdyyyż buty jakby delikatnie straciły na swej wartości i niezmiernie trudno było mi w nich zadawać szyku gdzie indziej niż na błotnym spacerze ;)

ale o psie zęby mi więcej chodzi.
i właśnie mając na uwadze tego gryzonia, demona zniszczenia i fakt, że mieszkam z wstrętną zazdrosną suką mojego męża, moje nowe buciki wyglądają tak:



18:48, jolinda
Link Komentarze (12) »
aparat do zgarnięcia

drodzy moi :)

w związku z tym, że ostatnio brak mi słów, na czas jakiś przestawiam Blogusa w tryb fotobloga.
iii....
nie mówiłabym Wam o tym, gdyby nie fakt, że właśnie rozpoczynam konkurs dla moich czytelników, w którym będzie można zgarnąć lustrzankę. a dokładniej Nikona D3000 wraz z obiektywem. nówkę sztukę nieśmiganą. z folijkami i wiecie, może nawet kokardką :D

zasady są proste.
ja robię zdjęcia, a Wy odpowiadacie na pytania do zdjęć.
nie ma żadnego losowania, humorzastego żiri, czy układów. wygrywa osoba, która zdobędzie najwięcej punktów (max 8). w sytuacji, gdy większa ilość osób osiągnie taki sam wynik, fundnę Wam dogrywkę - dodatkowe 3 pytania.
każda osoba może do danego zdjęcia wysłać tylko jedną odpowiedź, więc nie można strzelać, nie?

szczegółowy, acz prosty regulamin znajdziecie tutaj.

a pierwsze zdjęcia już dzisiaj :)
powiedziałabym - drżyjcie, ale wiem, że i bez tego przebieracie nóżkami :)


komu komu? :)

12:58, jolinda
Link Komentarze (18) »
sobota, 14 listopada 2009
koniec świata w 2012

pewnie słyszeliście, nie?
koniec świata jest blisko.
kalendarz majów się kończy, planeta x, czy jak jej tam, mknie w naszą stronę, NASA nabrała wody w usta i spiskuje przeciwko ludzkości... i nawet film o tym zrobili - widziałam plakaty.

na szkoleniu zaś dowiedziałam się od dość yyy... egzotycznego trenera, że amerykańscy uczeni (nigdy duńscy, czy angielscy, ani nawet rosyjscy...) zrobili badania. takie w kwestii roku 2012, nie?
przebadano coś koło 2000 osobników płci obojga. chociaż nie jednocześnie. to odnośnie tej płci. nieważne...
zahipnotyzowano ich, nie? a ludzie w hipnozie widzą nie tylko to, co było, ale podobnież również to, co będzie.
no i tu się trochę ta teoria dupy i kupy nie trzyma, gdyż gdyby tak, to do cholery dlaczego nie hipnotyzuje się codziennie kogoś z wybranego kraju, żeby przewidział, co się dzisiaj spieprzy, który samolot spadnie, gdzie uderzy tsunami i czy puławska będzie stała, czy nie. takie tam najpotrzebniejsze info.
no ale dobra.
zahipnotyzowano ich i zapytano o przyszłość.
i wiecie? podobnież nikt nie zobaczył nic ponad rok 2012...

(ale może nie zobaczyli też nic ponad to, co zjedzą na najbliższy posiłek?)

no i tak się trochę nakręciłam tym końcem świata.
częściowym, żeby nie było.
ludzkość miała jakoś tam przetrwać i podzielić się na trzy obozy:
1) zajmujący się ekologią i przywróceniem równowagi biologicznej
2) technologiczny odbudowujący całą infrastrukturę i knujący jak tu żyć w nowych warunkach
3) religijny / duchowy dbający o rozwój wewnętrzny

ja bym zawiązała czwarty. ten związany z leżeniem na kanapie i piłowaniem paznokci :)

i jakoś mi to było na rękę nawet. ta myśl o końcu świata, nie?
bo polska, wiadomo, miałaby częściowo wyjść z opresji i nie byłaby zalana przez szalejące oceany, czy co tam miało nas unicestwić :)

pomyślcie, jak byłoby pięknie...
nie byłoby bankowości, więc moje 30-letnie kredyty przestałyby mieć jakiekolwiek znaczenie :)
robota poszłaby w odstawkę.
samochód przestałby spełniać swoje funkcje, więc nie musiałabym się pałować z ubezpieczycielem.
prumsztal mógłby srać gdziekolwiek, ponieważ ludzie mieliby na głowie poważniejsze zmartwienia niż czyste trawniki ;)
no i takie tam...

i dupa.
wczoraj się dowiedziałam, że to jednak więcej ściema jest z tym końcem świata. że żadna planeta nie ma na tyle wielkiego cisku na szkło, żeby pchać się na czołowe z Ziemią, żeby tylko jakoś zaistnieć... ;)
no tak serio.
to musiał być marketingowy bulshit wciskany nam przez kolesi od bankowości. no bo kto świadomie wziąłby na siebie widmo spłacania przez 30 lub więcej lat wywrotki kasy?
a z takim końcem świata w tzw. międzyczasie to zupełnie co innego :)

noooo...
i trzeba będzie jednak spłacać te kredyty.
i stać w korkach.
i wynosić śmieci.
i grać w fabryczne gierki.
i puszyć pióra i tańczyć tańce godowe.
i zmywać po przypalonych grzankach.
i odgówniać psa po spacerze.

dupatam.
idę się napić.
pieprzę takie życie... doprawdy.. ;)

17:36, jolinda
Link Komentarze (6) »
piątek, 13 listopada 2009
El Konkurso - Grande Finale

Drodzy moi, oto rozstrzygnięcie konkursu, który wcale nie był łatwy. Przede wszystkim dlatego, że napisałam mega zakręconą instrukcję.
Myślę też, że niezanazbyt klarownie wyraziłam się w kwestii nagród.

Więc jeszcze raz:

Szansę jak 1:25, czyli 4% (to baaardzo dużo jak na losowanie, to prawie jak nagroda gwarantowana w porównaniu z lotkiem na ten przykład) szansę na wygraną pobytu w Barcelonie lub pobytu i przelotu do Rzymu oraz kupon na 250 pln do zrealizowania przez eSky wygrywaaaaaaaa.....

...werble...

SENTAA !!!

fanfary...!
Serdecznie gratuluję i dziękuję wszystkim Wam za zabawę :)

Propozycja, którą nadesłała to: 1286 pln za bilet powrotny między Warszawą a Damaszkiem, co udokumentowała screenshotem.

Sentaa - prześlij pls swoje namiary mailem. No i zdjęcia z podróży, ale to już później :)

19:02, jolinda
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 09 listopada 2009
prawdy objawione

no więc dzisiaj dopadł mnie wkurw prawniczy.
i jeśli jest na sali leka.. tfu, prawnik, to bardzo mi przykro.

generalnie słabo radzę sobie ze spotkaniami, w których uczestniczy więcej niż jeden prawnik, ale jak ich liczba przekracza pewną wartość krytyczną, nie da się w zasadzie prowadzić rozmów. żadnych. prócz tych prawniczych bełkotów.

bo jest tak. biznesowo.
jolinda coś sobie umyśli. albo ktoś sobie umyśli coś z jolindą. i jest spotkanie firm. i maks po dwóch spotkaniach, wiemy co chcemy razem zrobić i za ile oraz dlaczego. proste?
no proste, ale tylko do momentu, gdy trzeba biznes sformalizować i przelać na umowę, czy nawet porozumienie wykonawcze.

w gorączce i we wielkich boleściach zwołuję swoich prawników i opowiadam im w krótkich żołnierskich słowach, o co się mnie rozchodzi i jakie zapisy chcę mieć w umowie.
kiwają głowami, robią notatki i po dwóch tygodniach wypluwają z siebie projekt umowy.
75 stron, nie?
chociaż clue biznesu można zawrzeć w jednym zdaniu. niezbyt wielokrotnie złożonym ;)

łomatko.
czytam to i czytam i ledwo odnajduję sens tego, co chciałam mieć na papierze, a co przy kawie ustaliliśmy z drugą stroną.
dobra. nanoszę swoje poprawki, które sztab prawników wdraża w umowę. nigdy jednak niczego nie wykreślając, a jedynie dopisując paragrafy, podpunkty, wyjątki od reguł i jeszcze więcej kar umownych.

i to jest mniej więcej ten etap, gdy przestaję czuć jakąkolwiek więź z umową.
staje się dla mnie jedynie bełkotem o tym, jak to jedna strona zabezpiecza się na wypadek, gdyby druga strona chociażby pomyśleć chciała lub mogła o niezabezpieczaniu interesów strony.

wysyłam umowę. nie do partnera biz. nie.. nie w tej sytuacji. wysyłam do PRZECIWNEJ drużyny. bo mój partner biz nic by z tego nie zrozumiał, więc nie ośmieszam ani siebie, ani jego. ślę do prawników partnera.
po przemieleniu dokument ma już jakieś 130 stron, bo wiadomo, uwagi, komentarze i propozycje nowych zapisów.
daję sobie uciąć wszystko, że partner, z którym miesiąc wcześniej dogadałam się na deal, nie jest w stanie bez sześciokrotnego udania się do toalety, przeczytać tego gniota.

prawnicy odbijają piłeczkę. już nie jestem adresatką maila. nie. jestem tylko w cc. no i nic dziwnego... bo ta umowa nie jest dla mnie. ona jest dla moich prawników, którzy wprowadzają uwagi do uwag, które są uwagami do komentarzy i założeń... ;)

TOTALNA masakra.
a to dopiero pierwsza iteracja...
zwykle po piątej, gdy już nikt nawet nie pamięta, na co się biznesowo umówiliśmy i kto te ustalenia poczynił, zwołuję spotkanie. walne. biznes + prawnicy obu stron...

noooooo....
ja Was proszę. to nie są takie tam luźne spotkanka, że wiecie. pitu, pitu, zróbmy coś fajnego razem, a przy okazji zaróbmy trochę kasy...
nie.
to przecież ma się rozegrać BITWA.
przed spotkaniem jest narada wojenna. których zapisów bronimy, które rzucamy na pożarcie. gdzie oddamy pole, a gdzie zastosujemy trik taktyczny.

no i dzisiaj właśnie taką bitwę miałam okazję obserwować.
bo nie powiem, żebym czuła, że biorę w niej udział...

no i ja Was pytam - dlaczego prawnicy nie mówią? dlaczego nie potrafią wyrazić myśli? dlaczego nie umieją sformułować normalnego zdania?
nie, bo oni nie mówią i będę się przy tym upierała... oni OBJAWIAJĄ prawdy, nie?

kuuuuuurrrrrrrrrrrrrrwa...
spędziłam dzisiaj cholerne 3 godziny dyskutując nad JEDNYM pieprzonym zapisem, który uwaga, był w nic nieznaczącym paragrafie - dodatkowe prawa i obowiązki stron. nie? takie didaskalia do całości umowy... taki kwiatek do kożucha...
ale nie.
prawie sobie oczy wydrapali siedząc jako te zimne kamienie w swych ciemnych garniturach i wypucowanych lakierkach...
a walczą o...? no o co? skoro biznes się dogadał?
no ja wiem, że umowy podpisuje się na złe, a nie dobre czasy, ale błagam... czy jest jakaś inna branża, która tak ukochała sobie przerost formy nad treścią?

i mam taką teorię.
spiskową więcej.
że oni wiecie... specjalnie tworzą prawo i te wszystkie cholerne umowy tak, żeby nic nie było jasne nawet w najbardziej prymitywnym biznesie. tylko po to, żeby bez prawników się nie dało. i oni się spotykają i pałują dla sportu, ciągnąc każdy w swoją stronę tylko po to, żeby zegar tykał...
gdyyyyyyż...
czy przypadkiem Wasi prawnicy, tak jak moi i mojego partnera biznesowego nie pracują na godziny?!? ;)
a nawet jeśli nie, to heloł, dbają o to, żeby mieli robotę, gdy trzeba będzie sprawdzić, czy wg podpisanej umowy firma a może firmie b przekazać bezpośredni kontakt do administratora, bo czasami trzeba do niego zadzwonić, żeby zrobił reset systemu... ;)

na to powinien być jakiś paragraf, nie? ;)
arghhh...

23:03, jolinda
Link Komentarze (20) »
niedziela, 08 listopada 2009
na budowie

dwaj panowie na budowie. i suka :)


przerwa techniczna...

no łatwo jak widać nie jest...
i końca nie widać. a jakoś wcale nie jest zabawnie, jak u młodego majewskiego szymka :(

09:15, jolinda
Link Komentarze (4) »
piątek, 06 listopada 2009
El Konkurso

Państwo Drodzy, ogłaszam konkurs!

El Konkurso:
Warto ruszyć palcem i poklikać, gdyyyyyyż do wygrania jest taki-niby-coś, który zwycięzcy poprawi krążenie, cerę i poczucie samo. Jeśli nie do końca zimy, to chociaż chwilowo, punktowo :) A dokładniej o nagrodach poczytacie niżej.

O co kaman?
Otóż firma eSky, która do tej pory zarabiała głównie na sprzedaży biletów lotniczych uruchomiła sprzedaż noclegów. Można se samemu wybrać przelot i doklikać do tego użeczko or dwa, jeśli jesteście większych rozmiarów, lub w liczbie mnogiej ;) Taki serwis w typie: wakacje-zrób-to-sam :)
Nooo... i postanowili się podpromować robiąc dobrze czytelnikom niektórych blogów :)
Uffff...

Aaaby wygrać:
No to teraz tak.
Trza się wbić na stronę sponsora, czyli eSky.pl i grzebnąć za najtańszą opcją połączenia lotniczego pomiędzy Polską, a dowolnym miastem z kraju, z którego zdawałam relację. W-tę-i-we-w-tę ;) Czyli na ten przykład lot pomiędzy:

Warszawa - Tokio, Tokio - Warszawa
(może być z przesiadkami)

Wygrywa osoba, która znajdzie, uwieczni (np. link do wyniku szukania lub screenshot) najtańszy lot do zrealizowania od dzisiaj do końca 2009 do dowolnego miasta z wiadomych państw (podpowiedź - macie je w linkach po prawej).
Czas na podawanie wyników - do końca przyszłego czwartku, czyli do 12.11.2009 do końca dnia, a nawet nocy ;)

Odpowiedzi wysyłajcie na adres: jolinda@gazeta.pl, w temacie wiadomości wpisując KWOTĘ za przelot w obie strony. Inaczej tego nie ogarnę, nie? :)

Jeśli dwie lub więcej osób poda takie samo, najtańsze i zgodne z założeniami konkursu rozwiązanie, wygrywa osoba, która zrobi to jako pierwsza.

Nagrody, czyli coś, co Was naprawdę interesuje:
Kupon o wartości 250 PLN uprawniający do zniżki przy zakupie pakietu w postaci hotel wraz z biletem lotniczym, do wykorzystania do czerwca 2010.
Dodatkowo: osoba, która wygra El Konkurso u mnie na blogu, weźmie udział w losowaniu dwóch dodatkowych nagród - weekendowego pobytu w Barcelonie oraz weekendowego pobytu wraz z przelotem w Rzymie. Ważne: losowanie odbędzie się spośród 50 osób, które wygrają podobne konkursy na tym i innych blogach, czyli heloł, szanse są naprawdę realne! :)

No.
Czas start :)

13:42, jolinda
Link Komentarze (3) »
czwartek, 05 listopada 2009
gównowpis

no więc jeśli czasami wydaje się, że nie może być już gorzej, warto chwilę poczekać... bo finał może być zaskakujący...

bo jak już wpadniesz w gówno i myślisz sobie, że już gorzej być nie może, to pamiętaj że są różne rodzaje gówna... oraz różna jego konsystencja... oraz różna lepkość... oraz po różnego rodzaju pożywieniu... oraz w różnej kolorystyce.

ołje.
depresja? załamanie? blue mood?
wszystko to brzmi jak super zabawa w porównaniu z tym, co teraz przeżywam...
ja pierdylę noooo... niech mnie ktoś uszczypnie...

ale nie po to, żeby mnie bolało, tylko żebym się obudziła z tego cholernego koszmaru, tak? wolę doprecyzować, bo naprawdę... :(

kto zna jakieś fajne i przełykfriendly antydepresanty? rozweselacze? problemo-rozmywacze?
:(

abuuuuuu....

12:52, jolinda
Link Komentarze (8) »
środa, 04 listopada 2009
talon na balon

uwaga, uwaga, państwo drodzy.
jeśli tak jak ja, żyjecie tylko myślą o tym, jak by z tego kraju spieprzyć w miejsce, gdzie wiatr o temperaturze -300 stopni C nie urywa głowy, nie wysusza włosów i oczu i nie zmusza Was do zakładania kalesonów, kufajek i ocieplanych gaci, tooooo....
to mam dla Was dobrą informację :)

gdyyyż oto nadciąga konkurs na miarę czasów.
już niedługo będzie można u mnie na blogu wygrać dofinansowanie do podróży ufundowane przez eSky :)
taki talon na balon, z tym że odrzutowy.
fanfary!

noooo...
ale szczegóły coming soon, więc stay tuned.

09:21, jolinda
Link Komentarze (5) »
wtorek, 03 listopada 2009
pies go drapał

mężon rozmawia z fachowcami. celem zbliżenia lakierek do poplamionych cementem buciorów, porusza ludzki, czy raczej zwierzęcy temat. psa.

- panie, córka moja kupiła sobie psa... kuuuuurwa, jakie to jest głupie bydle... nie uwierzyłbyś pan. jak miałem owczarka niemieckiego, to wystarczyło, że na niego spojrzałem, a on wiedział, że ma zostać na miejscu. a to...? to kurwa nie jest pies... ciągle chce się bawić, napierdala cały dzień i mu się energia jakoś nie kończy, skacze, gryzie i ciągle coś wpieprza... jak coś takiego można trzymać w domu?!
- tak? a jakiego córka ma psa?
- głupiego. to przede wszystkim... a ja go tam wiem... taki miodowy.
- labrador? a wie pan, że my też z żoną takiego mamy? tylko czarnego...
- aha. noo... kaziu, gdzie z tym workiem idziesz..! czekaj, pomogę ci...

chyba właśnie straciliśmy resztkę szacunku...
well, zdarzają się gorsze rzeczy w życiu, ale mam nadzieję, że pies nie wpłynie na jakość wykończenia naszego mieszkania ;)

10:30, jolinda
Link Komentarze (6) »
niedziela, 01 listopada 2009
nieużytki, nie człowieki...

no dobra, obudziłam ich.
całe 15 minut zajęło mi przekonanie tych dwóch śmierdzących imprezowiczów, żeby wreszcie zwlekli swe odwłoki i poszli na spacer. no ileż to trzeba się nastarać, żeby wreszcie zrozumieli, że muszą się ruszyć, inaczej cały dzień im ucieknie... muszę zapamiętać - jak usiądę im dupkensem na głowach, zaczynają szybciej machać rękami i funkcje życiowe wracają.

tym razem to ONA miała to szczęście i poszła ze mną na spacer.
oprowadziłam ją po parku, pokazałam gdzie ostatnio znalazłam kawałek suchego pączka i w której kupce liści mieszka jeż. ale to takie niekumate jakieś... chodzi, niczym się nie interesuje i ciągle gdzieś się spieszy, że niby zimno.
zimno? ja się nie ubieram w pięć swetrów i rękawiczki i jakoś daję radę...

mówię jej - stara, zacznij się ruszać, to się rozgrzejesz. biegnę, żeby zachęcić ją do ruchu, dać jej dobry przykład... a ta jak się nie wydrze... jak to potrafi dać głos..! no słowo daję, dzikie to takie, nic się nie słucha. potem nawet się trochę przebiegła, ale z niewiadomego powodu na końcu kazała mi usiąść i słuchać co mówi... no ale sami powiedzcie, jak można zrozumieć ten jej bełkot...  mam nadzieję, że mi dziękowała za trening, ale nie jestem pewna. tak dziwnie machała rękoma... nic to, ważne, że się trochę poruszała.

wracamy.
dobrze, już dobrze.
możecie podać mi śniadanie. byle coś dobrego... dzisiaj mam ochotę... o tak, jajeczniczka to dobry pomysł. pod warunkiem, że z bekonem.
z beee-koooo-neeeem! skup się człowieku jeden z drugim! i mało cebulki, jasne? po cebulce mi z paszczy jedzie...

zrobili sobie w tych swoich małych miskach to coś śmierdzącego, co piją na gorąco i zalegli na kanapach.
ja nie wiem, jak to można pić takie obrzydlistwo, ale nie wnikam. mądry głupiego nie zrozumie, co zrobić.
piją i leżą. nieużytki jedne.
no to myślę sobie, pozabawiam ich... to nawet miłe człowieki w gruncie rzeczy. może dadzą kość?
przynoszę im piłkę.
nic. zlewka.
przynoszę patyka.
machanie rękoma...
no to idę po miśka. misiek zawsze na NIĄ działa, jak go tak złapię za ucho i przekręcę głowę i popatrzę tak trochę z dołu. co prawda z niewiadomego powodu piszczy wtedy i łapie mnie za głowę, zamiast złapać miśka, ale ciągle pracuję nad jej techniką... może kiedyś zrozumie, że nie o to chodzi.
tym razem misiek nie działa... ja nie wiem. wypuścić ich z domu na wieczór, to potem pół dnia leżą tacy bez życia... a ja się tu staram, zabawki im znoszę, na uszach staję... a oni nic. i jeszcze mi nie płacą. nikt nie respektuje moich praw. a w misce często nie ma czystej wody... nie to, żeby mi to przeszkadzało, ale w regulaminie, który im przekazałam, był punkt z czystą wodą, nie?

dobra, nie to nie, tacy są, to się na nich obrażę i dam se spokój...
dawać i prosić to naprawdę nawet dla mnie za dużo.
idę spać... może zmądrzeją.

19:56, jolinda
Link Komentarze (7) »
piątek, 30 października 2009
:)

dla wszystkich, którym piątek / ostatni tydzień / miesiąc / rok / wcielenie dało nieźle popalić :)



pośmiejcie się dzisiaj ze mną, co? :)

20:05, jolinda
Link Komentarze (5) »
środa, 28 października 2009
grzebarka

gdybym była product managerem polskiej wyszukiwarki internetowej, to nazwałabym ją Grzebarka.

bo wiecie, co teraz robię?

grzebię w sieci.
ale nie za oświetleniem do kuchni, czy nawet za systemem spłukiwania kibla moich marzeń ;)
grzebię za tym, co zrobię PO. po remoncie. po wszystkim. po kurzu i brudzie. po ceneo i po robotnikach. po przeprowadzce i po remoncie naszej obecnej norki.
po całym tym syfie.
bo po bólu będzie czas na nagrodę :) oł je!

..taką słoneczną. i taką dupęurywającą. taką gdzieś, gdzie nikt się nas nie spodziewa i nie czeka z opcją all inclusive. taką, gdzie naprawdę będziemy mieli głęboko, czy płytki są dystyngowanie szare, czy też może pospolicie ;)

i oby padło na azję, gdyyyyyż jakaś się więcej taka schudnięta (khem, khem) czuję, a ichniejsze żarcie mogłoby zdziałać cuda w temacie...
chiny?
malezja?
filipiny?
korea?
indonezja?
nepal?
bhutan?

:)
od razu mi lepiej...

20:51, jolinda
Link Komentarze (12) »
brakoczas

no więc do tej pory wydawało mi się, że jestem zajętą osobą.
kilka spotkań dziennie, tony maili, sprawy, sprawy, sprawy no i oczywiście pies. w sensie suka mojego męża.

nooo...
ale to mi się tak tylko wydawało było.

gdyż prawdziwie zajęta to jestem dopiero teraz.
nie mam czasu się po głowie podrapać, żeby się zastanowić KIEDY co zrobić, nie mówiąc już o tym, żeby pomyśleć nad tym JAK...

a zmartwień mam teraz jakby sporo.
prócz srak psowych, prócz stłuczek i ganiania się z ubezpieczycielami, prócz efektu 'back to school' w fabryce.
są jeszcze te mieszkaniowe. mnożące się jak grzyby po deszczu.
czy garderoba ma być ogrzewana - czy wyrzucić z niej kaloryfer, czy też nie.
no jasne że ogrzewana, bo nie ma nic gorszego niż zimna szafa rano. ale z drugiej strony, co lepsze: mniejsza ciepła szafa, czy większa zimna?
czy bateria umywalkowa to ma być na wysokości 18, czy może 15 cm i czy symetrycznie? a może jednak ta bateria to średnio pasuje do takiej umywalki i w zasadzie trzeba poszukać czegoś innego?
czy parapety bierzemy w kolorze blatu do kuchni, czy raczej takie pasujące do koloru okien i podłogi? itd...

ale ale.
nie że będę teraz tylko o wykańczaniu siebie poprzez mieszkanie pisać. nie myślcie sobie, o nie.
bo przecież są jeszcze sprawy przyziemne, takie jak chociażby wygląd.

normalnie do fabryki nie poginam w dżinach i t-shircie, nie? często mam obcasy i jakąś kiecę. oblewam się perfumą, żeby zabić smród strachu przed tempem, w jakim sprawy mnie doganiają i noszę kolczyki i inne zawieszki na ciele, żeby odwrócić uwagę od podkrążonych oczu.
czyli taki business casual, nie?
no.
ale czasami są takie okazje, że trzeba się ubrać ciut bardziej formalnie, bo idzie się do tak zwanych ludzi, którzy niekoniecznie obczajają, że w pracy można się dobrze bawić i być sobą. z grubsza przynajmniej ;)
no i wtedy niektórzy wyciągają z szaf garnitury i krawaty, a także białe skarpeciochy. alboliteż garsonki-fasonki pasujące do majtek z koronki.
ja wyciągam jakąś jasną bluzkę w prążki, szarą spódnicę i obcasy.
i wiecie?
chyba jeszcze nigdy w życiu nie usłyszałam tylu komplementów co do tego, jak wyglądam... a uwierzcie mi, to nie był szał szyku. to po prostu byłam totalnie inna ja. jolinda biurwinda ;) tak bym pewnie wyglądała w piątki, gdybym pracowała w banku ;)

no. miałam też kilka komentarzy łączących mój wygląd z porannym seksem, ale doprawdy... gdybym miała czas na seks, nie miałabym na prasowanie, tak?
generalnie był totalny odlot.

i teraz się skupcie. bo wyjaśnię Wam w kilku żołnierskich słowach na czym polega małżeństwo / (zbyt) długie związki.

rano, tuż przed wyjściem do roboty, staję przed mężonem w pełnej krasie:
- dobrze wyglądam, mogę tak iść...?
- yhym, dobrze.
- nawet nie spojrzałeś!
- oo.. no... może być. a ten paseczek to tak powinien zwisać?
- zwisać kurna srysać. TAK!!! właśnie tak.
- no ok...... skoro tak mówisz. umyjesz po sobie deskę?

i tak o.
świat Was będzie wielbił i nosił na rękach, ale własny mąż / partner zauważy zamiast tego, że zostawiłaś niepozmywaną deskę do krojenia...

19:10, jolinda
Link Komentarze (3) »
wtorek, 27 października 2009
bluszczopęd

zawsze uważałam się za dość niezależną babkę.
taką co to wiecie, jak trzeba to tupnie nogą, jak trzeba to spoliczkuje, a jak nie trzeba i trzeba, potrafi walnąć prawdą między oczy.
a także taką, co to zwykle ma swoje zdanie. chociaż niekoniecznie w temacie tego, w co się rano ubrać i które akcje teraz kupić, a które sprzedać.
niefajne związki przecinałam jednym, ostrym chirurgicznym cięciem, a gdy mi zależało potrafiłam sięgnąć szponą po swoje.
silny i trudny charakter, a raczej charakterek.
nie wyobrażam sobie, żeby o mnie decydował ktoś inny niż ja. najbliżsi są od sugerowania jedynie, sorry ;)

szarość do szarości mogę dobierać do usranej śmierci, jeśli uprę się, że tak ma być.
przeskanuję cały internet w poszukiwaniu jedynie słusznej oprawy do światła pod prysznic.
zafukam się tysiąc pińcet razy, ale znajdę ten sam zlew o 50% taniej niż na cholernej bartyckiej.

ale...

tak cholernie mnie ciągle, by się zbluszczyć. wypuścić bluszczopęd, zatrzepotać rzęsami i powiedzieć - ale przecież ja nie wieeeeem. oraz wydąć usta i pomiętosić różek sukienki.
tylko ten. potrzebny jest facet, który da się obluszczyć i zrobi cały ten syfiasty projekt za mnie, a ja się będę karmić jego energią życiową i kwitnąć :)
słowem - leżeć i pachnieć :) albo chociaż wisieć ;)

bo niestety ten mężon, którego mam, ma bardzo zbliżoną do mojej potrzebę zbluszczenia... ;)

a ten pan śpiewa tak pięknie, że on by would do anything for you love...
ciekawe, czy chciałby za mnie wykończyć to mieszkanie ;)



22:54, jolinda
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 26 października 2009
kick off

właśnie mam za sobą start projektu pt. wykańczanie mieszkania.
piję melisę, papiery rozwodowe w pogotowiu, noże powbijane w ściany, a garnki potłuczone.

dzwonię na front, czyli do mężona, który wprowadza fachowców w świat mojej wizji na mieszkanie, gniazdka i ułożenia płytek.
- nooooooo i?
- z czym?
- no zgadnij zbigniew no... przyjechali?
- przyjechali.
- i?
- i są.
- oesu nooo... a jakieś szczegóły? co robią? pracują już? zaczęli od łazienki? kuchni? zburzyli już ściankę?
- nie.
- nie co?! oj weź mi powiedz konkretnie, bo zaraz wyjdę z siebie i stanę obok!
- sama chciałaś. przyjechali, wypakowali kurczaka na pryzmę paczek parkietu, porozrzucali trochę śmieci po podłodze i porysowali te twoje śnieżne ściany i poszli.
- ooo... hm... ale jak to poszli? przecież mówiłeś że są.
- bo są. tylko poszli do sklepu.
- po kleje, kartongipsy i fugi, tak?
- nie. po papierosy. i pewnie wódkę na wieczór...

nooo.
brzmi jak prawdziwy początek, nie?
wszystko w normie.

19:15, jolinda
Link Komentarze (5) »
sobota, 24 października 2009
jak punkąć jolindę?

nooo...
to jest bardzo proste.
nie trzeba się miesiącami starać, przynosić kwiatów i boczku (czekolady nie lubię), nie trzeba wystawać pod okienkiem mym.
nie trzeba pisać wierszy, bosko prowadzić w tańcu, czy mieć ramiona szerokie i rozłożyste, jak wisła we włocławku, ani nawet prawić mi komplementów...

chociaż miło by było, tak?

niestety prawda jest taka, że wystarczy się zaczaić na jolindę, gdy jedzie samochodem.

ja nie wiem, co takiego jest w mojej dupie, ale to już kolejny raz...
znaczy wiem, że faceci lubią krągłości i wielkość dupkensa bywa wprost proporcjonalna do jej atrakcyjności (dżej lo), ale komon, nie wiedziałam, że z kuprami samochodów to też tak działa... ;)

i tak o.
zostałam punknięta przez obcego faceta. straszna lipa.
i nawet fajnie nie było :(

09:38, jolinda
Link Komentarze (7) »
środa, 21 października 2009
ideas worth spreading

hmm...

niestety nie ma mnie więcej, więc nie mam też szczególnie o czym pisać.

jestem zajęta spotykaniem się z ludźmi, których wcale nie mam ochoty spotkać.
jestem zajęta wydawaniem kasy na rzeczy, których wcale nie mam ochoty kupować.
jestem zajęta przyswajaniem wiedzy, której wcale nie mam ochoty chłonąć.
jestem zajęta dojeżdżaniem tam, gdzie wcale nie mam ochoty jechać.
jestem zajęta pisaniem tego, czego wcale nie mam ochoty pisać.

słowem - jestem zajęta niefajnościami.

a, no i chodzę po węglach... tak?
ale to na szkoleniu, które było jakby więcej fajne, więc się nie wpisuje w powyższe, więc przemilczę.

se obejrzyjcie, co nas czeka w przyszłości... (nie)stety dość bliskiej.



niech Was zainspiruje, przerazi, porazi, albo przynajmniej rozśmieszy :)

23:05, jolinda
Link Komentarze (7) »
niedziela, 18 października 2009
pieskie życie

Prumsztal ma srakę.
żaden nadzwyczaj, po prostu mężon ją wczoraj wieczorem puścił na 'free siku', czyli w krzaki bez smyczy.
co oczywiście wstrętna suka wykorzystała i pożarła głowę oraz skórę jakiegoś rybska capiącego.

noo...
a jak ma srakę, to siada pod drzwiami i robi wielkie oczy.
więc idę z nią na spacer.
ale że to szesnasty raz już dzisiaj, wychodzę jak stoję. nie przebieram się w kombinezon terenowy, nie? bo przecież tylko na chwilę.
a do jasnych spodni i nieporozciąganej i niezafaflunionej bluzki jakoś mi głupio założyć zabłocone człapaki, więc zakładam botki. z twardym postanowieniem, że będę chodzić tylko po chodnikach, nie?

nooo....
ale jak się ma blabladora, to nie wolno takich rzeczy zakładać...

i teraz wrażliwi nie czytają, ok?
bo tak, muszę wypluć trochę jadu.

więc zaczęło się od tego, że ten głupi kundel wlazł w krzaki pod blokiem i nie chciał wyjść, czyyyyyli coś konsumował...
musiałam za nim w te krzaki wejść. wchodząc uprzednio w gówno, a jakże...
pies z krzaków wyszedł, ale ja zostałam w środku, gdyż serce mi krwawiło razem z zaciągniętym brand-new sweterkiem.
no.
jak już otarłam łzy rozpaczy i wylazłam z gęstwiny na światło dzienne, przedzierając się przez krzory, okazało się, że mój pies jest już zupełnie gdzie indziej, gdyyyyż wykrył po drugiej stronie ulicy kałużę i koniecznie musiał się z nią zaprzyjaźnić.
luz.
nic jej nie przejechało, pełen sukces...
oczywiście se znalazła po prostu glinę na odrobiną wody i nie omieszkała się w tej brei do kolan wytaplać. kochany piesek, jak to miło z jego strony.
wkurwiona już jak mokry kot podchodzę do niej i zaczynam machać kijem, który często noszę na spacerach, booooo jak macham kijem, to zdarza jej się pomyśleć 'o, zabawa!' i nawet przyjść na wołanie.
więc macham jej tym kijem przed nosem, że jest beznadziejnym psem i że co ona se kurwa wyobraża...
a ta suka co?!? wzięła i skoczyła na mnie  swymi wielgachnymi stopiszczami upierdolonymi błotem i sianem jakimś, czy czymś...
bo chciała zjeść tego patyka, co to nim machałam. chyba nie dość złowieszczo...

w ten oto sposób dorobiłam się cudnych plam o kolorze złocistego gówna na kurtce (aha, zgadliście, na takiej więcej wyjściowej, a nie psio-spacerowej) oraz na spodenkach, co to je właśnie z suszarki zdjęłam, nie?

no ale luuuuz, nie takie rzeczy ja z moim kochanym pieskiem przerabiałam...

krótka smycz, opierdol od pyska po ogon i do domu na kopach.
idzie, nawet bez sprzeciwu.
jak się później okazało, tylko po to, żeby uśpić moją czujność, bo na naszej trasie przelotu została jeszcze główna atrakcja - wielka stojąca woda, do której sikają kurwa chyba krety i w której topią się szczury-samobójcy, bo woda z gnijącymi roślinami inside nie byłaby w stanie tak capić...
oczywiście cholerny kundel w strategicznym momencie mi się wyrwał i wpierdolił się do tej wody. ale tak centralnie, łącznie kurwa z głową.
pieprzony wykrywacz wilgoci. nawet na cholernej pustyni znalazłaby kałużę, w której by się wytarzała, a następnie upierdoliła się piaskiem od początku do końca.
30kg mokrej sierści nasiąkniętej szlamem...
i pańcia na obcasach, w pełnym (acz z lekkim błotnym rzucikem) blasku.

myślałam, że ją przywiążę do pierwszego lepszego drzewa i zostawię tam aż mróz sprawi, że skruszeje.
bo na to, że ktoś by przygarnął takiego śmierdziela, nawet nie liczyłam...
ale moje serce jest ogromne, zabrałam szlamiarę do domu...

nieeee... to jeszcze nie koniec opowieści. najlepsze jeszcze przed Wami.

wtłoczyłam psa do domu, udało mi się nawet sukę zaciągnąć za ucho do łazienki, bo przecież musiałam ją wyprać.
namoczyć, a potem wyprać chemicznie, czyli odkazić domestosem.
miałam ją wrzucić do pralki, ale pomyślałam, że szkoda pralki na takiego syfiarza. potem przez rok bym czuła ten smrodek na wszystkich swoich ciuchach...

no, ale suka w łazience nie wytrzymała... postanowiła się wytrzepać... a jak pies sobie postanowi coś takiego, to się go po prostu nie da zatrzymać...

wiecie jak to jest mieć na twarzy coś, co śmierdzi jak... jak... no gówno w wentylatorze to przy tym pikuś, okej?
wiecie jak to jest mieć to coś na twarzy, włosach, ubraniu, ręcznikach, kafelkach, lustrach, papierze toaletowym i kurwa wszystkim, co się w łazience znajduje?!?!?!?

aaaaarrrrrrgggggghhhhhhh....!!!

nie, nie wiecie :(
mówi się, że wiedza kosztuje... eeeeh, ile ja bym zapłaciła za taką NIEWIEDZĘ... ;)

21:39, jolinda
Link Komentarze (21) »
piątek, 16 października 2009
zryte berety

dżapanizy to mają zryte berety, co?
ale patrzenie na 'głupków' zawsze mnie relaksuje... macie i Wy :)



19:54, jolinda
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 100
Reklama na blogach - Blogvertising.pl