RSS
środa, 30 grudnia 2015
Nowy powrót do korzeni
Tak się nawywracało, że musiałam otworzyć kolejnego bloga.
Zresztą sami wiecie... u mnie musi się dziać.
Zapraszam tutaj:
http://bloguspospolitus.pl/

Prawda, że adres znajomy? :)

Całuję Was tam, gdzie lubicie i zapraszam do siebie.
J.
11:36, jolinda
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 stycznia 2015
podróż w czasie
drodzy czytacze! :)

jeślli ktoś z Was tutaj przypadkiem zabłądził, a chciałby śledzić bieżące losy jolindy, zapraszam do podróży w czasie i przestrzeni:

http://przystanekslask.blogspot.com/

całuję Was z przyszłości.
czy tam coś...

j.
09:58, jolinda
Link Komentarze (14) »
wtorek, 05 października 2010
zamiatanie pod dywanem

podarłam dzisiaj dowód osobisty.
i paszport. ("żadnych kartek jak w twoim paszporcie, byś był ze mną wyrywać nie muszę")
i kilkadziesiąt zdjęć z młodszą wersją jolki.
i listy niekoniecznie miłosne.
i maile zgrane na płytę już bardziej.
i książeczkę zdrowia.
i zaświadczenie o szczepieniu.
i kartę ocen.
i ze trzy dyplomy za zajęcie miejsca w konkursie.
i listy młodej jolki do starej jolki.
i wyrzuciłam najlepszy na świecie, chociaż zepsuty pentax, który kupiłam sobie za pierwszą pensję.
i jeszcze jakieś głupie gazety, w których pisano o moim blogu.
i z pierdyliard groszówek, którymi nas obrzucono na ślubie (to by było na tyle, jeśli chodzi o szczęście w małżeństwie).
i świecąco-błyszczące pierścionki z japonii, które tylko tam mają sens i tylko tam można je nosić.
i milionpińcet innych sezonowych najważniejszości.

bo jak wiadomo nie jestem sentymentalna.
chociaż czasami bywam i w chwili słabości wrzucam różne śmieci do szafki.

w pracy też zrobiłam czystki szufladowe.
certyfikaty ukończenia szkoleń, o których nawet nie pamiętam.
kartki z Najważniejszymi Notatkami Świata Bez Uwzględnienia Których Fabryka Wyłoży Się Z Głośnym Mlaśnięciem.
ocena mojej kudłatej osoby przez zupełnie obcych ludzi z branży farmaceutycznej z jakiegoś warsztatu.
ocena mojej tupiącej osoby przez zupełnie obcych ludzi z fabryki.
ocena mojej skromnej osoby przez najwyższy managment fabryki i panią psycholog.
ocena mojej podłej osoby przez mojego psa wyrażona w pogryzionym błyszczyku do ust.
cztery pasty do zębów (pamiątka po częstych wizytach u ortooprawcy).
pierdyliard płyt cd z prezentacjami firm, do których nigdy nie zajrzałam (sorry).
kilka kartek i prezentów świątecznych, które uznałam za w miarę osobiste swego czasu.
rachunki, pokwitowania, zobowiązania, plany i umowy podpisane krwią.

i tu i tu, zabrałam się za rzeczy, z którymi często nie wiedziałam co zrobić. takie schowane pod dywan i za szafę.

a wszystko dlatego, że dzisiaj jest dzień porządków i rozmówień.
w domu rozliczam się z przeszłością, bo chyba nie bardzo wiem, jaka jest przyszłość.
w pracy, gdyż to początek końca (tak, odchodzę z fabryki).

no i poza wszystkim - lubię wyrzucać. pozbywać się. czyścić. przecinać. odcinać. stawiać kropkę. iść dalej. wchodzić w kolejny etap.
no lubię :)
a niestety nie znam nikogo, kto by to rozumiał i miał (aż) tak samo.

przeczytałam te listy z młodości.
każdy z innego miejsca na ziemi.
z innego domu.
z innej rzeczywistości.
inne szkoły, inni przyjaciele (a raczej znajomi), inne miłości, inne smaki, inne problemy, inne rzeczy, które mnie nakręcały...
tyyyyyyle tego było.
wszystko podarłam w strzępy :)
chociaż jak to czytałam, to kiwałam głową i nie mogłam się ze sobą nie zgodzić ;) i nie mogłam się nadziwić, jak bardzo miałam rację i jak bardzo się myliłam zarazem. bo gdyż życie nie jest ani czarne, ani białe. a odcieni szarości jest pierdyliard. i ja to wiem. i Wam mówię.

i tak sobie myślę, że jedyną stałą rzeczą w moim życiu jest zmiana.
straszne, co?
może.
nauczyłam się z tego czerpać radość. a może po prostu zawsze umiałam. moja cygańska dusza musi mieć tę funkcję preinstalowaną, inaczej dawno bym zwariowała...


a to znacie?



:)
noooo...
ten kawałek jest ze mną dłużej niż jakakolwiek rzeczywistość...

21:22, jolinda
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 04 października 2010
back to life

w związku z tym, że jak wiadomo, w londynie W OGÓLE nie pada, wzięłam i się rozchorowałam.
gdyż nie padało, nie namokłam, nie przemoczyłam pięć razy butków i nie padało poziomo.
to pewnie właśnie dlatego... :(

i tak się właśnie wychodzi na podróżach.
smarkam i prycham i kaszlę jak stary kozioł (nie wiem, czy kozły kaszlą, ale jeśli tak, to z pewnością brzmię jak one).

trza siedzieć na dupie i pić lokalne wino owocowe a także jeść schaboszczaka i bigos.
a nie się obcych ale'i i stout'ów zachciewa w pubach, gdzie jagnięcina z sosem miętowym nie jest dla nikogo czymś niezwykłym.

bo tak, w anglii można żreć fish & chips, albo burgery. ale można też wszystko inne.
prawdziwe smaki z jamajki, chin, indii, czy wietnamu.
owoce morza, kawa, wino, piwo, cydr i warzywa.
i wszystko NIBY jest dostępne w polsce. ale trzeba sobie nogi uchodzić do samej dupy, żeby dostać to, co w zwykłym warzywniaku na rogu w uk angole mają pod nosem :(

i te wrzosowiska, wiecie?
i mgła?
i wieś, która wcale nie jest wsią tylko jakąś taką lukrowaną wizją podmiasta?
i dzikie konie w lesie? stada?
i kolorowe miasta? multikulturowe?
i zima, która wcale nie jest zimna, tylko mokra?
i roślinność, którą trzeba powstrzymywać, żeby nie była tak nieprzyzwoicie zielona?

nooo...
ale te barany przez tyle lat nie ogarnęły się w kwestii dwóch kranów i zawsze mają lewą rękę poparzoną, a prawą skostniałą...
może to i dobrze.
jakaś sprawiedliwość na świecie musi być ;)

20:28, jolinda
Link Komentarze (7) »
czwartek, 30 września 2010
listopadu przybywaj!

w związku z tym, że w polsce jest ostatnio zdecydowanie za ciepło i za słonecznie (tiaaaa), postanowiłam udać się do najweselszego, najbardziej promiennego i najbardziej przepełnionego serotoniną kraju świata - uk.
no halo.
listopad tak daleko, a ja tak tęsknię. trzeba się jakoś przygotować, nie? ;)

wzięłam ze sobą suchą bułkę.
niekoniecznie dla konia.
w razie potrzeby, będę miała czym sobie żyły otworzyć.
chyyyyba, że namoknie od dżdżu.
którego jak wiadomo zarówno ja, bułka i kania łakniemy ponad wszystko.



a wczoraj miałam wodotryski oczne.
jakieś takieś.
no beczałam jak bóbr bez żadnego konkretnego powodu.
aż tak, że zatrzymywałam się w drodze do pracy na mały po-bek na przystankach, taaak?
i:
albo mam początki jesiennej depresji (doprawdy nie wiem skąd, bo przecież jest tak radośnie na świecie)
albo jestem w ciąży (znów)
albo moje oczy zaczęły żyć własnym życiem
albo jestem w ciąży (mnogiej)
albo jestem na coś poważnego bardzo chora i to jest pierwszy z objawów zwiastujący rychłą śmierć
no albo jestem po prostu w ciąży ;)

no to lecę, pa.
a jak znów w londynie spadnie centymetr śniegu i znów nie uda mi się tam dotrzeć, to OBIECUJĘ, że już nigdy więcej tam dobrowolnie nie polecę.
o.
więc strzeż się. LONDYNIE. mówię do ciebie.

13:18, jolinda
Link Komentarze (8) »
środa, 29 września 2010
rentierstwo boli

pojechałam wczoraj na stare śmieci.
w sensie do lokalizacji zapasowej.
mojego starego mieszkania.

raaaaaany.
jak można żyć bez garażu? ;)
parkować w kałuży i wysiadać w deszczu? ;)
i gramolić się na 3 piętro schodami? ;)
człowiek się tak cholernie szybko przyzwyczaja do wygody... przerażające.

dziwnie jest spojrzeć w rozświetlone kuchenne okno i zobaczyć tam inną kobietę.
dziwnie jest pukać do własnych drzwi.
dziwnie jest oglądać swoją kuchnię, w której gotują się nie twoje smaki.
dziwnie jest pić nieswoją herbatę ze swojego kubka, który jednak już nie jest swój.
dziwnie jest widzieć swoją kanapę, na której zamiast czarnej rury wyleguje się siedmiolatka z pilotem w łapce.
dziwnie jest widzieć swoją sypialnię zarzuconą różowymi zabawkami.
dziwnie jest widzieć swoje mieszkanie, gdzie nie jest się już u siebie...

i nawet pies nie chciał wejść.
widocznie nowa buda mu bardziej odpowiada ;)

11:10, jolinda
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 27 września 2010
wrrrr

Przychodzę wścieknięta do domu, tupię i fukam.
Mężon się mnie pyta:
- Jaką melisę ci zaparzyć - zwykłą, z gruszką czy pomarańczą?
- ... [WZROK]
- Z gównem akurat nie ma...


Argh...
Dzisiaj nacieranie się melisą może nie zadziałać. Może kąpiel w wódce? Albo ciepłe mleko ze spirytusem..?

Bez kija nie podchodzić. Również w komentarzach. Taak?
No.
Argh...

17:41, jolinda
Link Komentarze (5) »
niedziela, 26 września 2010
Wielka Warszawska

Czasami fajnie jest mieszkać w Wawie. Czasami. Można się w niedzielę z kundlem poszlajać po dzikich ostępach skarpy ursynowskiej, potem śmignąć do centrum na michę wietnamskiej zupy, a później upatrzyć przez okulary szczęścia konia, który wygra :)
No ja nie wiem, jak ja to zrobiłam, ale wzięłam i postawiłam tylko w jednej gonitwie. Na tylko jednego konia. Tylko jeden zakład. I obstawiony koniś wziął i był wygrał! :)
No i z 9 zeta zrobiło się prawie 90 :)

Ale sami powiedzcie, jak mogłam nie postawić na konia, który się nazywał Dancing Moon, był koloru Prumiszcza i mrugnął do mnie znacząco, przechodząc obok podczas prezentacji :)

I kurcze. Jak ja mam taką skuteczność i takie szczęście w hazardzie to ten... Może powinnam z tego żyć?
Meduza, lorneta, kapelusze, emocje i kasa... Tak, to brzmi całkiem jak mój świat :)

Bo że szczęścia w miłości nie mam, to jasne. Naprawdę nie musicie mi przypominać, chociaż wiem, że ZAWSZE w tej sprawie mogę na Was liczyć ;)


koronacja Dancing Moon :)

17:29, jolinda
Link Komentarze (7) »
sobota, 25 września 2010
po-star-zenie

no żyję.
owszem.
ale jak co bardziej upierdliwi zauważyli - im mniej piszę, tym więcej się dzieje.
a dzieje się, że ho ho.
i to wcale nie takie rubaszne mikołajowe ho ho.

mężon wrócił, czego żałował jakieś 38 sekund po przybyciu, gdyż mniej więcej tyle wytrzymaliśmy w pokoju. małżeństwo korespondencyjne wychodzi nam zdecydowanie lepiej. zmarszczki nam się przynajmniej nie robią.

ja wróciłam, czego żałowałam jeszcze w drzwiach, gdy zastałam go z rurą od odkurzacza w garści... co nie jest szczególnie normalnym widokiem, zważywszy że była 8 rano. to nie jest ten typ faceta, który lubi sobie posprzątać przed wyjściem do fabryki, tak? który w dodatku nie chce powiedzieć, co go napadło, że sprząta o tej porze... a moja wyobraźnia naprawdę potrafi podrzucać mi chore odpowiedzi na pytanie WHAT THE FUCK?! taaak, w tej kwestii zawsze mogę na nią liczyć.

dopadły mnie zmiany, a może to ja je dopadłam. trudno powiedzieć. tak czy siak, nie potrafimy bez siebie żyć i znów jestem kobietą na tak zwanym zakręcie.
wiele stałych rzeczy w moim życiu przestało być nagle stałych.
a kolejne, które brałam tylko za chwilostkę, stały się fundamentalnymi tematami mojego nędznego żywota.

i tak o.
no i poza wszystkim się starzeję. nieubłaganie.
i poważnieję... :( a jak mam być poważną gwiazdą, hę? ;)

odkrywam, że lubię jesień.
taką jak mamy teraz, nie?
chociaż nie sądziłam, że kiedyś to powiem... pewnie się po prostu starzeję.
nie pada, liście jeszcze jakoś strasznie nie syfią mi na tarasie, nie jest zimno i nie muszę jeszcze chodzić w gumofilcach i barchanowych gaciach, a także ochraniaczu na nosie i czapce uszatce. no i kolory są obłędne... dawno nie widziałam tak zielonej trawy, jak tej jesieni o 8 rano na psim spacerze. mokra, skrząca się, przezielona... naprawdę. starsi ludzie tak mają, co? zachwycają się przyrodą i kontemplują uroki jesieni, prawda?
noooo.
ciekawe, po ile są kwatery na powązkach, albo żydowskim.
żydowski jest cudowny o tej porze roku. jak nie byliście, to zachęcam. obłędnie.
fak.
zachwycanie się cmentarzami jest chyba gorsze niż polubienie jesieni, co? :(
źle ze mną.
idę po wino...

11:58, jolinda
Link Komentarze (4) »
środa, 15 września 2010
home alone

kurna.
strasznie nie lubię być sama w chałupie.
znaczy lubię, a nawet uwielbiam.
można wtedy słuchać po tysiąc pińcet razy tej samej piosenki i NIKOGO to nie wkurza.
można jednocześnie jeść, klepać w komputer i sprawdzać firmowe maile na telefonie i naprawdę NIKT nie powie, żebym poluzowała warkoczyk.
można narobić mokrych śladów po całym mieszkaniu po tym, jak się wybiegnie spod prysznica w poszukiwaniu dzwoniącego telefonu, nie sprzątnąć ich następnie, a potem się na nich poślizgnąć i boleśnie rozkwasić dupkensa i NIKT nie powie 'a nie mówiłem'.
można jeść prosto z lodówki, albo w trybie jeden kęs dla mnie, jeden dla psa i NIKT nie bije po łapach i nie krzyczy, że to nieedukacyjne.
można też otworzyć o jedną butelkę wina za dużo i NIKT tego nie skomentuje.
można kłócić się z psem o WZROK (nie patrz tak na mnie włochata mordo) i CZAS (jeszcze nie czas na spacer) i NIKT nie wyzywa mnie od nie-do-końca-normalnych.
można czytać dwie książki na raz (naprzemiennie, po rozdziale), bo obie są doskonałe i bo tak i NIKOMU nie trzeba się z tego tłumaczyć.
można też nadawać imiona pająkom i motywować je do reperowania pajęczyn między krzakami i NIKT nie parska w twarz, że to już jest przegięcie.
takie tam.
oczywiście można też mieć kogoś, kto akceptuje i kocha te wszystkie głupostki i JEST. aaale może w życiu wcale nie o to chodzi, żeby było prosto, łatwo i przyjemnie.

no.
generalnie, jak widać uwielbiam być sama.
ale nudzi mi się ten stan już po 27 minutach.
i zaczynam gadać do psa, a w zasadzie dyskutować. wyszczekana suka jest, nie powiem ;)
i otwieram wino, żeby nie mieć problemów ze snem i za dużo nie myśleć.
i biegam po schodach nie dlatego, że się spieszę, ale ponieważ obawiam się, że może mnie gonić potwór.
i zawsze zapalam wszystkie światła i włączam muzykę, która ma za zadanie tłumić wszystkie podejrzane dźwięki.
i zawsze jest mi więcej źle...

a dzisiaj przeczytałam, że jest się PRAWDZIWIE sobą dopiero wtedy, gdy jest się samemu.
otóż mam nadzieję, że można być sobą przy kimś. przy TYM KIMŚ.

nooo.
to idę z suką na spacer, gdyż ponieważ zaczęła mi ubliżać takimi słowami, których nie znam... a to już słabo ;)
i wbiegnę po schodach... :(

update:
i kolejny WPIS z indonezji.

21:04, jolinda
Link Komentarze (13) »
KTOŚ dzisiaj zginie...
...bo KTOŚ podpieprzył mi dzisiaj kubek w fabryce.



14:26, jolinda
Link Komentarze (13) »
moja gościnność nie zna granic


i właśnie dlatego chcę mieć taką wycieraczkę! :)

13:07, jolinda
Link Komentarze (8) »
sobota, 11 września 2010
update wakacyjny

Uwaga, fanfary!
Wzięłam i wróciłam do uzupełniania Indonezji!
Ha!
No przyznajcie, że straciliście już nadzieję... ;)

Tak.
Najnowszy wpis jest TUTAJ, a kolejny TU.

Tak.
Zaczęłam planować kolejne wakacje.
A wiadomo... Zanim się zacznie coś nowego, trzeba się uporać z zaległościami :)
A poza tym - jest tak zimno, że słońce chociażby na zdjęciach i we wspomnieniach dobrze mi robi :)

21:15, jolinda
Link Komentarze (3) »
środa, 08 września 2010
się dzieje się

są takie czasookresy w życiu, że nic się nie dzieje. dni zlewają się w bezkształtnego szarego bełta i naprawdę ciężko powiedzieć, czy jest luty, czy październik...
ale czasem to nic-się-nie-dzieje jest wymowne. bo dziać się powinno. i gdyby się działo, to nic by się w zasadzie nie działo. ale że się nie dzieje, to się dzieje.
wiem, że rozumiecie :))
bo jak się czeka, żeby się zadziało, a się nie dzieje, to tak, jakby się dwa razy bardziej nie działo. i to niedzianie się jest takie... namacalne. konkretne.
bo zasada 'nie wiesz co robić, nie rób nic. COŚ się stanie samo' ma dwa końce. i potrafi wygenerować COŚ bardzo konkretnego.
co jest totalnie NICZYM. które jest właśnie tym CZYMŚ.
:))

a czasem się dzieje.
dzieje się tak, że w tydzień wydzieje się tyle, że starczyłoby na cały rok.
zmiany, nowości, magiczne przejścia w sufitach, cztery przeplatające się rzeczywistości, co najmniej dwa równoległe życia, asy w rękawie i karty pod stołem, wprowadzane w życie scenariusze s-f, cudowne ocalenia, płonące krzaki i soczyste gruszki na wierzbie, samosprawdzające się przepowiednie oraz klęski urodzaju.

no.
to mi życie serwuje oba te stany. na raz.
ołje.
śmiech przez łzy, łzy szczęścia i bolesne pękanie zajadów ze śmiechu.

przekleństwo 'obyś żył w ciekawych czasach' odciska właśnie na moim dupkensie kolejne piętno :)

11:06, jolinda
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 06 września 2010
babciowe klimaty

rozmawiam z moją 80-letnią babcią:

- dziecko, weź no tu babce przeczytaj, co jest napisane na tej karteluszce.
- jasne. babciu, a dlaczego Ty nie nosisz okularów właściwie?
- okulary? wiesz jak one postarzają? a w moim wieku to już niewskazane...

- a co tam babciu słychać dobrego?
- a nic wielkiego, jak to u mnie dziecko. ustaliłam z twoim tatą, że umrę w tym roku i nie będę złośliwa.
- oh tak. a dlaczego w tym roku? i jak byś miała być złośliwa w kwestii umierania?
- a bo widzisz - do końca roku państwo wypłaca cały zasiłek pogrzebowy - 6,5 tysiąca. a od przyszłego roku, tylko połowę tej kwoty. więc jak umierać, to tylko w tym roku, potem przestaje się opłacać...
- aaaha... no tak. a co z tą złośliwością?
- no wiesz. jak mnie twój tata sprowokuje, to się zawezmę w sobie i umrę drugiego stycznia. z czystej złośliwości. ha!

i ja się pytam - jak ja mam być normalna..?

13:17, jolinda
Link Komentarze (6) »
piątek, 03 września 2010
blogus under construction

aleeeeż z Was robale!
zamknęłam blog na chwilę. gdyż prowadziłam eksperymenty na żywym organizmie i nie chciałam by były widoczne.
o.
ale że jesteście straszne jęczydupy, to otwieram już. zanim zdążyłam się pobawić.
ja nie wiem...
przecież ostatnio prawie nic tutaj nie piszę, a Wy urządziliście zmasowany atak mailowy na jolkę...

eh.
:-*
to było naprawdę miłe. nie powiem ;)

dobrze, a teraz, jeśli mam go nie zamykać, pomóżcie mi znaleźć rozwiązanie częściowego zamknięcia bloga.
chciałabym udostępnić wszystkim np. ostatni rok pisania, a pozostałe już niekoniecznie...
ktoś z magicznymi uzdolnieniami na sali? :)

błotne leszcze. doprawdy.
no.

11:57, jolinda
Link Komentarze (14) »
niedziela, 29 sierpnia 2010
wakacje psiej rury


psia rura w ten weekend nurkowała. a Wy? :)

23:18, jolinda
Link Komentarze (6) »
czwartek, 26 sierpnia 2010
matki boskiej pieniężnej

jak zapytasz człowieka, co go najbardziej motywuje w pracy, to 99% na początek powie, że kasa.
potem, po chwili refleksji, zeznania się zmieniają i migrują w bardzo interesujące rejony.
ale kasa jest ciekawa... bo rzeczywiście motywuje jak nic innego. niestety tylko przez 3 miesiące. potem człowiek się przyzwyczaja i potrzebuje nowych bodźców. podwyżki co 3 miesiące byłyby idealne, ale mało który pracodawca da się wciągnąć w taką grę ;)

ale że nie jestem hrówką, ani nawet psycho-socjo-lożką-wróżką, to nie o tym chciałam.

pamiętam swoją pierwszą pensję.
pieniądze, które teraz wydają mi się śmiesznie małe, wtedy wydawały się kosmiczne.
po przejściu z trybu 'kieszonkowe' w tryb 'moje własne zarobione' zupełnie nie wiedziałam, co z nimi robić.
bo nie byłam jeszcze wtedy rozpuszczoną lasią ze słabością do błyskotek, gadżetów i wysokich obcasów.
starczało mi na jedzenie, imprezy i wakacje. i jeszcze coś zostawało. i trzeba było z tym cosiem coś robić. tylko co. inwestować :D te kilka stów :D

i pamiętam, naprawdę dobrze pamiętam, jak wtedy się zastanawiałam co ludzie robią z pieniędzmi, gdy zarabiają dwa razy tyle, albo pięć razy tyle. niepojęte.
bo przecież nie jedzą dwa razy więcej ;)
i jasne, doskonale wiedziałam, że są różne standardy życia i że można pić wino za 18 zeta, albo za 180. jasne.
ale myślałam tak więcej o sobie. co ja bym zrobiła, gdybym zarabiała dwa razy więcej. ile bym mogła odłożyć, ile rzeczy kupić, ile krajów zobaczyć, ile fajnych imprez zorganizować... i co ja bym biedna zrobiła z taką nadwyżką pieniędzy.

i tak sobie wyobraziłam że dzisiaj dostaję na koniec miesiąca tamtą moją pierwszą pensję.
która przecież pozwalała mi na fajne życie, jak je wtedy oceniałam.
nooo.
chyba bym poszła się za te pieniądze po prostu upić, ale nie za bardzo, bo na duże szaleństwo by przecież nie starczyło ;)

odrobinkę w temacie.
i zarąbiście buja :)



20:13, jolinda
Link Komentarze (6) »
piątek, 20 sierpnia 2010
urodziny

i znów się zestarzałam :(
rano wtarłam amol w kolano, nałożyłam szpachelką puder na twarzoczaszkę i uczerniłam pastą do butów siwe loki.
i zabrałam arbuza do roboty. zamiast zwyczajowego ciasta :)
pomysł się chyba spodobał, chociaż niektórzy narzekali, że do dupy taki arbuz bez wódki. no cóż - będzie co imprówmentować w roku przyszłym ;)

natomiast samochodu memu czarnemu pomysł z arbuzem się nie spodobał.
posadziłam arbuza na siedzeniu pasażera, samochód go wykrył i zaczął krzyczeć, że on nigdzie nie pojedzie dopóki arbuz nie zapnie pasów.
a weź tu zmuś człowieku arbuza do zapięcia pasów...

nooo, ale jakoś się udało :)
nawet.

od mężona dostałam prezent wymarzony i wyczekany.
regał na buty w garderobie :)



taaa-daaa..!
czasami warto się zestarzeć ;)

18:51, jolinda
Link Komentarze (15) »
simon's cat vs. pruma

widzieliście najnowszego simon's cat'a? z pudełkiem...?
no.
to okazuje się, że psy potrafią DOKŁADNIE tak samo :)




sypialnia po zostawieniu w niej NA CHWILĘ suki i kartonu po winie...
argh...

kochany piesek.
kochany.
mógł zeżreć łóżko, ale wybrał karton.
kochany... ;)

09:23, jolinda
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
prześwietlenie na poczcie

poszłam na pocztę. tę nową. wylanowską. gdyż zawezwanie dostałam.
i nie wiem, co jest gorsze - przeludniona całodobowa poczta na ursynowie, czy ta na rozpłodowym wilanowie, gdzie o dowolnej porze jest kilka brzuchatych i kilka pań z wózkami :) i oczywiście panie życzą sobie być obsłużone bez kolejki. i okeeeej. ale ciągle napływają nowe bezkolejkowe, bo to taka dzielnica... i czeka się do usranej śmierci i doprawy nie wiem czy nie szybciej byłoby sobie strzelić dziecko ;) aaalbo chociaż pożyczyć od sąsiadki. bo o wypożyczalniach dzieci jeszcze nie słyszałam.
chociaż moja Mamina mnie w prl'u pożyczała do stania w kolejkach i celem zakupu większej ilości cukru, czy tam czegoś.

w każdym bądź razie - prawie zdechłam z głodu czekając na pierwszy wolny niebrzuchaty slot przy okienku na poczcie.
no dobra, trochę przesadzam z tym czekaniem, ale teges. nie byłabym sobą, nie?

i podchodzę wreszcie do okienka i podaję kwitek avizo, a pani pyta, czy żyję w dobrych stosunkach z mężem i patrzy na mnie podejrzliwie. dość.
- yyy... że co słucham?
- no pytam, czy państwo są skłóceni, czy żyją zgodnie?
- yyy....
do dyskusji dołącza druga pani:
- no co ty, przecież widać, że pani jest wiarygodna. dostarczy przesyłkę mężowi.
- dostarczę - kiwam głową.
- ta jasne. jak ta pani żyje w zgodzie ze swoim, tak jak ja z moim, to w przyszłym roku się mąż nie dowie, że coś do niego przyszło... pani wie, że ma pani jeden dzień na dostarczenie tej przesyłki mężowi..?!? inaczej nie będę mogła jej pani wydać...
i znów znaczące spojrzenie.

koniec końców przesyłkę dostałam.
ale poczułam się zeskanowana i wyceniona.
kurna, niedługo naprawdę będę dostawała nerwobólu przed wejściem na pocztę...

16:21, jolinda
Link Komentarze (3) »
niedziela, 15 sierpnia 2010
nad wisłą

generalnie lato w mieście sucks.
wiadomo.
rozgrzany beton, duszno, spaliny, spoceni ludzie i zapadające się w asfalt obcasy. oraz rozgrzewające się jak sauny samochody pozostawione chociażby na chwilę na nieocienionym parkingu.
skucha więcej.

ale.
ja w zasadzie lubię lato w mieście.
a zdecydowanie bardziej wolę lato w mieście niż zimę w mieście,
korki są mniejsze,
można na śniadanie zjeść dobrego pomidora z dobrą fetą, alboliteż dżarbuza (niestety zwykle bez wódki) i poczuć się niemal jak w grecji, czy innej hiszpanii. słonecznie, ciepło, owoce, warzywa smakujące warzywami, a nie tekturą, długi dzień i takie tam.
a odkąd mam klimę w chałupie żeby sobie dupę chłodzić oraz taras, żeby sobie dupę rozgrzewać, życie generalnie stało się naprawdę dobre.

no.
w taki dzień jak dzisiaj jednak głupio byłoby siedzieć za zasłoniętymi żaluzjami kryjąc się przed słońcem i bić się o miejsce pod klimatyzatorem z własnym kundlem.
więc postanowiliśmy zabrać sierściucha nad wisłę.
i wiecie, za każdym razem jak tam jestem, to czuję, że jest to mega wyjątkowe miejsce. że warszawa jest jednak wyjątkowym miastem. które jednakowoż niekoniecznie potrafi korzystać ze swojej wyjątkowości.
bo wiecie, tutaj na wilanowie, jest kurcze tysiąc pićet małych plaż, totalnie niezaludnionych, totalnie nienagłośnionych, totalnie zajebiaszczych. i nie, nie namawiam do kąpieli, chociaż po praskiej stronie ludzie się kąpią podobnież. ale koc, zimne piwo, grill, arbuz, książka, rower, leżak, piłka, opalanie nago, moczenie kija... i przeszczęśliwy mokry sierściuch. co kto lubi :)
tam jest tyle niezdeptanej przestrzeni! i zupełnie zero ludzi.

a było mniej więcej tak:

















18:08, jolinda
Link Komentarze (6) »
sobota, 14 sierpnia 2010
ból głowy

od przybytku głowa nie boli.
widocznie z przybytkiem u mnie słabo, gdyyyyż głowa mnie napieprza od jakiegoś czasu tak, że mam ochotę ją sobie odgryźć.
ale nie sięgam.

jak byłam dzieckiem, czyli prawie wczoraj, miałam blond loki i zamiast oglądania faktów grałam w gumę pod blokiem, strasznie często bolała mnie głowa.
aż do historii z zębem, który mnie tak napieprzał i tyle środków przeciwbólowych łyknęłam, że się nawaliłam i zatapiałam się po kolana drepcząc po wykładzinie, a orki i krowy pływały ze mną w siostrzanym tańcu w kruszonym lodzie.
słowem - przedawkowałam apap i inne takie, co to miały szansę zniwelować ból...

i od tego momentu nic.
no. jasne. prócz sytuacji kacowych. prócz akcji typu ktoś mi wbija siekierę w plecy, lub wydłubuje serce tępą łyżką.
ale poza tym nic,

i nagle. całkiem WTEM. ból powrócił.
w nowym, dorosłym wydaniu. przemyślał widać kilka kwestii i odnowił naszą znajomość.
wódka i paracetamol nie pomagają.
ani nawet więcej wódki.
i gdy tylko na horyzoncie pojawi się ciemniejsza chmura - wiem to bez wyglądania za okno :(

co za fatal error.
naprawdę.
moja koleżanka z pracy ma łokieć, który z wysoką dokładnością przepowiada deszcz.
ale heloł! ona jest ode mnie starsza. a starszym się takie historie przytrafiają...

nooo.
i tak o.
kupiłam dzisiaj amol i maść z kotkiem,
oraz ziółka i termofor.
gdyby mi się dupsko w najbliższej przyszłości znacząco powiększyło, to wcale nie znaczy, że przesadzam z boczkiem. a przynajmniej nie tylko to.
znaczy też również, że zdecydowałam się wciągnąć na dupkensa falbaniaste reformy...

23:20, jolinda
Link Komentarze (11) »
środa, 11 sierpnia 2010
jednorazowe buty

wczoraj odkryłam straszną prawdę.
otóż srotóż.
buty wcale nie są stworzone do chodzenia.
a przynajmniej nie te, które ja kupuję.

dopóki przemieszczam swojego dupkensa samochodem, drepcząc jedynie z garderoby do garażu, z garażu do biurka i z powrotem, wszystko jest super. niemal się nie zużywają. bo co obcasom może zrobić miękka wykładzina fabryczna, albo stanie na półce.
ale.
jak się dziecko wybrało wczoraj wieczorem na spacer po podmokłych chodnikach wylanowskich, skarpą podreptało na ursynów, zdeptało milion ślimaków i wdepnęło w niejedną kałużę, to się okazało, że teges. buty to więcej były jednorazowe i nadają się już jedynie do rzucenia na pożarcie strasznemu psiemu potworowi.
czego zresztą uczynić także nie mogę, gdyż to nieedukacyjne jest więcej, a i pies niestrawności dostać by mógł.

i teraz już wiem, dlaczego tak często muszę kupować nowe buty.
a muszę często :)
wewnętrzny imperatyw, jasne. ale też, jak widać uzasadniona potrzeba. bo jednak, czasami, mimo wszystko, zdarza mi się używać nóg do czegoś innego niż depilacji ;)



09:42, jolinda
Link Komentarze (5) »
środa, 04 sierpnia 2010
karma - do good things and good things happen to you

nie wiem, czy widzieliście taki serial - my name is earl.
ja nie widziałam, ale został mi pokazany i teraz już wiem - życiem kieruje karma.

i nie chodzi o pedigree, ani nawet inny whiskas.
...chociaż po części pewnie też.
sami wiecie. że niby jesteśmy tym, co wszamiemy.
ja na ten przykład powinnam się składać głównie z arbuza i to on powinien kierować moim życiem, ale jakoś chyba się tak jednak nie dzieje. dlatego mówię, że tylko po części.

wracając:
nie o paszo-szamę chodzi, a o taką karmę, która upiera się, żeby tylko za dobre uczynki spotykało cię dobre. a za przewinienia i wygłupy - szklanką po łapkach, spleśniały ser i wieczny deszczo-mróz (i nawet nie próbujcie się czepiać, że deszczo-mróz się wyklucza sam z siebie, bo gdyż wcale że bo nie...)

i normalnie wczoraj się przekonałam, że z karmą nie ma co walczyć.
miałam taki dzień, że naprawdę marzyłam jedynie o twardym resecie.
aaaale w planach miałam wydawanie kasy na krzaki, sadzenie krzaków i patrzenie (ciut później), jak przez zimę, wraz z mrozem i pożółkłymi badylami moja forsa idzie na kompost.
w agendzie miałam też kilka niecierpiącychzwłoki spraw.

więęęęc zamiast otworzyć sobie piwo, albo zmiksować arbuza z wódką, wzięłam lejce w dłonie i ruszyłam moim dzielnym stalowym rumakiem w tak zwane miasto. kabaty, ursynów, bemowo, praga, wilanów. całe miasto. nigdzie nic nie załatwiłam, nic nie kupiłam, nie zdziałałam. skończyło się na tym, że zrezygnowana podjechałam samochodem do sklepu, który jest położony hen hen za górami. jakieś 20 do 25 metrów od mojego bloku. kupiłam piwo i naprawdę ostatkiem sił powstrzymałam się przed wypiciem go za kółkiem.

najeździłam się jak głupia, a efekt byłby dokładnie taki sam, gdybym posłuchała karmy i po szychcie kupiła se po prostu jakiś znieczulacz bólu istnienia.

a karma chciała tylko, żebym kupiła piwo i posiedziała w domu.
w zamian dała mi możliwość siedzenia na parapecie i oglądania burzy i tęczy na zmianę. bardzo inspirujące.
niestety zapomniałam zapisać wniosków i przemyśleń ;)

także ten. sami widzicie.
karma ważna rzecz.
dzisiaj na ten przykład nie zamierzam walczyć ze swoim przeznaczeniem i potrzebami wewnętrznymi, jeśli karma znów zaproponuje mi piwo :) opór nie ma sensu ;)

13:35, jolinda
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 105