|
poniedziałek, 08 lutego 2010
jest ciężko
po urlopie w robocie jest ciężko. wiadomo. ale po urlopie i po L4 to jest dopiero masakra... miało mnie nie być tylko 5 dni, więc wszyscy czekali ze spotkaniami aż wrócę. więc się wpisywali do kalendarza na po nartach. no, ale wróciłam tylko po to, żeby te wszystkie spotkania anulować lub przestawić na następny tydzień. i pech chciał, że to jest ten następny tydzień. dzisiaj mi się wszystko skumulowało. a poniedziałki same w sobie są zwykle dość obłożone, prawda? no mój był dzisiaj pękaty od tych wszystkich spotkań, maili, dedlajnów i czerwonych wykrzykników w poczcie. jak poszłam na pierwsze z sześciu spotkań, to naprawdę... miałam wrażenie, że pomyliłam planety. chryyyyyyyste... te wszystkie biznesowe konwenanse, te sztuczne uśmiechy, ten smoltok w windzie, te zawoalowane wyrażanie potrzeb i omijanie tematów niewygodnych... aaaAAAaaa...! miałam ochotę otwartym tekstem powiedzieć, gdzie mam moich gości i ich prezentację i to, z czym w ogóle do mnie przyszli. no i ten język... naprawdę przez dłuższą chwilę się zastanawiałam, czy na pewno mówimy w tym samym dialekcie i czy przypadkiem pani w szarej garsonce nie używa jakiegoś narzecza suahili, bo ni cholery nie kumam o co jej się rozchodzi. było strasznie. stra-sznie. noooo... ale teraz co, tylko 4 dni roboty i weekend, nie? mooooże jakoś wytrzymam :)
sobota, 06 lutego 2010
wicie gniazdka miłości
no więc moja pieśń o zdrowiu była przedwczesna. i nie chodzi mi o kaszel i mdłości, bo do tego zdążyłam się już przyzwyczaić. chodzi mnie więcej o efekt, jaki daje wymieszanie sporej ilości wina białego, wina czerwonego oraz odrobinki-przecież-już-wychodzimy-palinki. dnia następnego ten efekt. ożeszwdupęwęża! no więc miałam dzisiaj pojeździć po mieście i pozałatwiać tak zwane sprawy. jakieś meble by się na ten przykład przydały i coś, żeby wrzucić do lodówki, bo lubię musztardę i wasabi, ale jednak nie da się na tym zbyt długo pociągnąć. aaaale niestety. palinka we mnie mieszkała i nie chciała się maupa odczepić. jeeeeeeeeza, co to jest za wynalazek szatana!?! brrrr... a wiecie jak to jest na mega-giga-kacu sprzątać? mopować te cholerne metry, co to je w kredycie sobie beztrosko wzięliśmy? myć kibel upieprzony klejami i śmierdzący fajkami? gonić kurz, który po prostu tylko czeka aż się odwrócę plecami, żeby się powtórnie zagnieździć dokładnie tam, gdzie przed chwilą sprzątałam? arghhh... nieeee no, ale jest bosko, nie? wszystko jest upieprzone cekolem, nie ma gdzie kurtek powiesić, ściany są fioletowe, a prysznic przecieka, ale jest boooooooskoooooo :) nasze cudne gniazdko miłości :D rozkoszy nawet bym rzekła. - hmm... a dlaczego tutaj nie ma listwy? - zabrakło. - a zobacz... tutaj jest kafelek ułamany... - yhym... - a szyba balkonowa jest porysowana, wiesz? - przez twojego psa. - a to widziałeś? zobacz, jaka dziura w ścianie... - przesadzasz. się zalepi. - no i drzwi, są jakby pogryzione, nie? tutaj zboku, o! - nooo... mam wrażenie, że wcale nie jakby. - i kran jest cały w silikonie... - nooo, ale to łatwo schodzi, nie? - a tutaj brakuje włącznika. - brakuje. jesteś czujna jak żbik! - no i te ściany... dlaczego one są fiooooleeeetooooooweeee...?!? - ale tylko do pierwszego remontu kochanie! - jezzzza, jak tu pięknie! :) - prawda?
piątek, 05 lutego 2010
wiekopomna chwila
robiłam wczoraj porządki w pokoju, w którym w zasadzie niczego konkretnego nie mamy i służy nam za naprawdę wielką garderobę. taki wiecie - pokój graciarnia, którą się odgruzowuje celem odnalezienia łóżka, gdy jakiś gość chce zostać na noc. no więc jest to też pokój, w którym mieszka Albercik. tak, ten Albercik - mężonowy ćwiczebny granat przeciwpiechotny. i wiecie? nadejszła wiekopomna chwila. mój szczęśliwy dzień. alleluja! mężon pozwolił mi wyeksmitować Albercika! tak, oczywiście że użyłam szantażu i podstępu, a także przekupstwa, żeby się go pozbyć. ale przecież od lat stosowałam te same techniki i nic! a tym razem taaaaa-daaaaaa i Albercik jest tylko wspomnieniem! a wszystko w związku z przeprowadzką rzecz jasna. ludzie za mało rzeczy wyrzucają tak myślę. ja uwielbiam wypieprzać. jasne, wolę oddawać, ale nieczęsto znajduję chętnego na niemodne, choć lekko zużyte buty, czy na moje zdjęcia z przedszkola (kurna, niiiic się nie zmieniłam, tak? to naprawdę straszne). i tak se patrzę na to moje mieszkanie, w którym całe studia się przekisiłam i w którym mieszkałam z bardzo różnymi ludźmi i do którego kilka lat temu sprowadził się mężon i widzę ile tutaj rzeczy... ludzie to takie wstrętne chomiki, doprawdy. ruszyłam jedną szufladę i znalazłam 5 ładowarek do telefonów, 3 zegarki, o których nawet nie pamiętałam, że istnieją i z fynfnaście rolek kliszy zdjęciowej. ratunku! a wiecie, mężon zaszczepił mi paranoję z gatunku - ja to wyrzucę, a potem ze śmietnika ktoś to wyciągnie, zrobi odbitki i jak już zostanę panią prezydent, sprzeda w fakcie zdjęcia z pijackiej studenckiej imprezy, gdzie całuję się z koleżanką, albo uprawiam seks ze świnką morską, tak? i tak o. za chwilę zacznie się nowy okres w moim życiu :) a wiadomo, że nic mnie tak nie nakręca, jak rozpoczynanie wszystkiego od nowa! męża nie zmienię póki co, bo przez najbliższe 30 lat może mi się przydać, psa na śmietnik nie wyrzucę, bo jeszcze całkiem na chodzie, na robotę nie mogę narzekać, więc cóż... zostaje mi naładować akumulatory od tej zmiany :) rimbi rimbi rimbi rimbi! :)) (chyba zdrowieję...)
czwartek, 04 lutego 2010
prawdziwe życie
powinnam siedzieć w domu, pić herbatkę malinową i ostatecznie jednym okiem czytać jakiś romans, a drugim kontrolować nastawiony na piecu rosół. no powinnam, ale nie umiem. snuję się po mieszkaniu i niby coś robię. bo zawsze jest coś do zrobienia, nie? zawsze są takie prace, które odkłada się na później, na okoliczność większej ilości wolnego czasu. no ja niby teraz trochę więcej czasu jakby mam, aaaaale ochota do zajęcia się tymi wszystkimi potwornościami jakoś mi się z tym wolnym czasem nie zgrała ;) nie wiedzieć czemu oczywiście. nie no, zrobiłam kilka rzeczy. porządek w domowych papierach na ten przykład... no i rozliczyłam się z kwiatkami, które ostatnio postanowiły masowo popełnić samobójstwo, mimo że mieszkało nam się razem dobrze w umiarkowanej symbiozie kilka ładnych lat. teraz nagle, te zielone potwory, zaczęły wypadać z doniczek i rozpiżdżać ziemię na moim kremowym dywanie. no. to się rozliczyłam. po mojemu, nie? najpierw je wszystkie uważnie obejrzałam, wyskubałam suche liście, podlałam i umyłam z kurzu. popatrzyłam na swoje dzieło krytycznie i wypieprzyłam do kosza na śmieci. wszystkie, jak leci. Mamina zapomniała chyba zaimplementować mi moduł 'sentymenty'. trudno. no. a potem pojechałam na pocztę, bo jakieś avizo przyszło. i wiecie? odkryłam coś niesamowitego... otóż na ulicach toczy się normalne życie. nawet pomiędzy 9-tą a 17-tą. ale takie normalne-normalne! takie, jak je pamiętam z podstawówki, gdy po czterech godzinach lekcyjnych wracało się nieśpiesznie do domu tylko po to, żeby spróbować ugotować pyzy z mięsem, a po 30 sekundach gotowania rozbić je młotkiem i widelcem w poszukiwaniu czegoś miękkiego do jedzenia. aż tyle ludzi w polsce w czwartek o 11:18 ma czas, żeby iść do sklepu, na spacer i do księgarni? z czego oni żyją? nie, nie wszyscy wyglądali mi na emerytów i dzieci... normalnie pełno ich na chodnikach, na poczcie mimo że panuje półsenna atmosfera urozmaicona tylko bzykaniem jakiejś muchy tłuczącej się o szyby - TŁUM, jakieś psy drą mordę, bo zobaczyły kota, a śmieciarka manewruje pomiędzy pryzmami śniegu i porzuconymi na parkingu autami. gospodarz korzystając z odrobiny słońca i odwilży, skuwa lód z podjazdów, a starsza pani wysypuje suchy chleb dla pierzastych dup. jest 12-ta i zaczyna pachnieć obiadem, a zza ściany słychać odkurzacz i wirowanie pralki. i tak se myślę - kuuuuurna, to jest prawdziwe życie. te okruchy w torebce po cukrze, ten gospodarz napieprzający w lód, te spaliny śmieciarki i ten zapach krupniku. ten czas i miejsce na wszystko. znaczy, jasne, można od tego zwariować i potem chodzić na spotkania mieszkańców i kłócić się o podwyżkę ceny metra sześciennego wody, a także zacząć podsłuchiwać sąsiadów ze szklanką przy uchu i fascynować się losami hanki, czy innej serialowej bździągwy, można. całkiem łatwo mogę sobie to wyobrazić. ale z drugiej strony - czy ja w fabryce to już przypadkiem nie zwariowałam? w czym odbywanie 6 spotkań + lanczu i przebiegnięcie wzrokiem przez setki maili jest lepsze od ekscytowania się kolejnym robotem kuchennym na kanale telezakupów i mieszkaniem na poduszce w oknie? czy poświęcanie kilku godzin na codzienne dojazdy do biura jest dużo ważniejsze niż spędzenie 20 min nad wyborem _odpowiedniego_ bochenka chleba na dziś? czy własnoręcznie pomalowany stół w kuchni nie daje większego zadowolenia niż wirtualna praca za wirtualne pieniądze? bo wiecie... ja nawet niektórym równolatkom nie jestem w stanie wytłumaczyć czym się zajmuję w pracy... znaczy ja wiem dlaczego to robimy, dlaczego codziennie rano zakładamy obcas i malujemy oko, a także używamy korposłów i jęczymy nad jakością kawy z kawomatu. wiem. wiem skąd te wszystkie pozy, potrzeby, zachowania i styl życia. za wszystkim na koniec dnia stoi kasa, która miała być środkiem do cieszenia się życiem, nie? bo bez kasy jest ciężko, blablabla, wiadomo. ale kurna, gdyby nie choroba i gdyby nie to, że przez wirusy zostałam uziemiona w domu, to pewnie przez kolejnych kilka lat nie zobaczyłabym _prawdziwego_ życia. bo nawet chorować nie miałam kiedy. nooo.... i zawsze myślałam, że prawdziwe życie to mam na urlopach. ale to też jest bullshit, bo przecież na urlopach to ja sobie kupuję 'prawdziwe życie' w azji, koziejwólce, czy w paryżu... eh. jakoś mnie tak dopadło... dobrze, że mogę zrzucić to wszystko na odurzenie środkami farmakologicznymi i chwilowy brak formy :)
środa, 03 lutego 2010
chorobowanie jest chore
jest strasznie. na tym chorobowaniu. no słowo daję... spać dłużej niż do 8 się nie da, bo przecież jestem na usługach psa, nie? śpisz? to cię trochę podepczę. dla zdrowotności. masaże są zdrowe, wiem to. nadal śpisz? sprawdzę przyglądając ci się z nosem 5mm od twojego! o, jednak śpi, chociaż się tak śmiesznie krzywi. ciekawe, czy jak poliżę, to zrzuci mnie z łóżka? nie, pewnie nie będzie miała siły. a jak poliżę po stopie, to przecież nigdy nie zdoła mnie złapać... o, wstała! wstała, wstała, wstała! ekstra, teraz będę mogła za nią chodzić i patrzeć co robi. z bliska. bardzo bliska. wypuść mnie na balkon! TERAZ! no. okej, nudno. WPUUUUUUUŚĆ mnie i nie każ mi marznąć na tym okropnym śniegu, tak? to nieludzkie przecież. nakarm, bo padam. pan mi wcale niczego do jedzenia nie dał. a ta kartka na stole to z wczoraj. wcaaale nie jadłam śniadanka, JEŚĆ. no! nooooo ale nie tyyyyym! nie wiesz, że nie lubię tych chrupek z serem? sama sobie to jedz. ja jestem psem! psem, rozumiesz? HAŁ?! psy jedzą mięso, padlinę i koty, jasne? a ser to ewentualnie na deser na świeżej bułeczce z masełkiem. później będziesz mogła mnie nim nakarmić, słowo. taaaak. a teraz co? poszłabym gdzieś. ale niee...nie na balkon. bym poszła powąchać ślady. i weź piłeczkę co? lubię, jak ją rzucasz, a potem sama za nią biegniesz i szukasz jej kopniakami w śniegu. ciągnę cię wtedy za nogawki spodni i to nas tak jednoczy... ekstra! hej, ale co tak krótko?! może i jesteś chora, ale ja jako pies mam swoje prawa, tak? należą mi się trzy długie spacerki w ciągu dnia, heloł! tego czegoś to bym nawet przewietrzeniem nie nazwała. kot by się uśmiał... nie, nie wracam. mooowy nie ma. rzuć piłeczkę, rzuć piłeczkę, rzuuuuuuć piłeczkę! a, ciasteczko? no wiesz, nie będę się upierać, skoro masz tak silne argumenty... mmm.... ciasteczko! naprawdę. chciałam poleżeć i wygrzać kości, bo nie czuję się najlepiej... ale teraz zastanawiam się, czy nie lepsze dla mojej zdrowotności jest pozostawanie na usługach korpo niż tego cholernego kundla. nic dzisiaj nie zrobiłam, a umieram ze zmęczenia... :( chorobowanie jest chore, nikt normalny nie jest w stanie tego wytrzymać... :(
poniedziałek, 01 lutego 2010
korposuka na L4
wróciłam. taaaa-daaaaa. czuliśmy się jak letnicy... z -20 do +2... naprawdę. i tak się tym słońcem i dobrymi warunkami podekscytowałam, że oczywiście co? zachorowałam. tak w swoim stylu, nie? jak się nie choruje od kilku lat, bo się nie ma na to czasu, to jak wreszcie człowiek wyrwie się na świeże powietrze, to ciach. grypo-angina, gorączka, zapalenie ucha, sraczka-po-pachy, nudności, atak wyrostka i oczywiście świerzb. opuchlizna kolan nie, tylko z tego powodu, że przypisana jest ona na wyłączność do sióstr zakonnych, tak? kurna, myślałam, że zdechnę... ale przecież człowiek nie jest taki, żeby na nartowyjeździe miał nie jeździć na nartach, albo odstawić alkohol, nie? nooo. to teraz mam za swoje. mam bogate życie wewnętrzne. cała aż kipię od bakterii i wirusów. pewnie są fajne, bo przecież wszystko co we mnie mieszka musi być fajne, ale generalnie mam ich chwilowo dość i chętnie się podzielę... anybody? i tak o. zostałam uziemiona na tydzień w domu. łopaaanie... jeśli ja to wytrzymam, mężon to wytrzyma, suka to wytrzyma i moi współpracownicy to wytrzymają, to będzie mega sukces na skalę wszechświata i okolic. wszyscy są przerażeni, bo korposuka, w sensie ja, pierwszy raz od dwóch lat idzie na L4 :) i będę wydzwaniać do mężona, że jestem chorutka i że mi się nudzi, będę męczyć kundla przytulaniem, ale wcale z nim nie bawić i nie chodzić na spacery, bo przecież jestem chorutka, będę też wpadać na genialne pomysły do zrealizowania przez mój zespół i innych współpracowników i będę wysyłąć maile / smsy z tzw. wrzutkami, ale nie dam narzędzi do ich zrealizowania, bo przecież jestem chorutka i siedzę w domu i co ja mogę :D brzmi jak super zabawa, nie? drżyjcie narody! ;)
piątek, 22 stycznia 2010
pms? hopefully...
jak to jest, że jak już mi się wydaje, że teraz to już będzie z górki, że biorę właśnie ostatni zakręt, ostatnia ściana przede mną, bo już już widzę szczyt, to zwykle niestety na tym szczycie okazuje się, że dolazłam jedynie do wzniesienia z którego baaaardzo ładnie i ostro widać jak cholernie daleko jestem od szczytu. pewnie dlatego nigdy nie byłam szczególną fanką gór. znacie to wrażenie, prawda? nie no, przecież to nie może być takie trudne, nie? z impetem pokonuje się jedną bubę i z dumą czeka się na oklaski. ale wszystko co dostajesz, to info, że bub jest pierdyliard i że rozmnażają się nawet bez dostępu do tlenu i światła w tempie wprost proporcjonalnym do twojego zapału. niech to szlag. mam dzisiaj absolutnie nieprzysiadalny nastrój. i dobrze Wam radzę - bez kija nie podchodźcie. no i bez gogli, gdyż mogę opluć jadem... przypomnijcie mi, dlaczego zdecydowałam się jeszcze bardziej zacieśnić swój czas i wybrać się na wakacje? wczoraj robotnicy zalali mi garderobę... bo się wwiercili w rurę z wodą. no. jasne, mogło być gorzej, bo to mogła być rura kanalizacyjna i wszystko mogło spłynąć gównem, albo ja wiem... zamurowany człowiek w murze i wtedy naprawdę miałabym problemy, ale wiecie... podniesiony parkiet, który trzeba zerwać i położyć nowy, to też jest pewnego rodzaju zmartwienie. w robocie sraczka przedurlopowa. komu co zdelegować, jak ustawić zadania na cały tydzień, co jeszcze zdążę załatwić, co muszę olać, co przypudrować, a co natapirować, żeby się tu mnie wszystko nie rozsypało. jasne, beze mnie nic tu nie runie na pysk, aleeee... ;) dzisiaj przed wyjściem na jebane -10, na tę jazdę bez trzymanki, którą sobie codziennie funduję chodząc na obcasach po tym cholernym lodzie i przemielonym śniegu, na półgodzinne przemarzanie dupy, na korki, na sól i przed założeniem na siebie pińciuset warstw, które następnie w robocie trzeba z siebie zdjąć, no więc właśnie dzisiaj przed tym wszystkim miałam taki kryzys, że gdyby nie to, że umalowałam już oko, rozbolkowałabym się na cacy, a łzy strzykałyby mi daaaalej niż na kreskówce. bo nie, nie wypada mi kurwa przyjść do roboty w rakietach śnieżnych i namiocie z futra foki. a mogłam zostać informatykiem, tak? chodziłabym sobie w swetrze w romby i wyskakiwała na fajka nawet w środku zimy w grubych białych skarpetach i sandałach. bo taki miałabym styl i nikomu nic by do tego nie było. i tak kurwa, oczywiście właśnie złamałam paznokieć o klawiaturę. czekam na obcas do kompletu. boli mnie dzisiaj życie, jak jasna cholera. wszystko mnie wkurwia - włosy, paznokcie, ludzie, psy, śnieg, słońce, kawa i komp. role społeczne i ilość kasy na koncie. to, że jestem warszawską pańcią i że zblazowany jest nawet moja cholerna psia suka. irytuje mnie położenie geograficzne mojego kraju i to, że jednak kurwa zeszliśmy z drzewa zamiast spędzać życie na polowaniu na banany, czerpania przyjemności z seksu i iskaniem bliskich z pcheł, czy tam innego robactwa. źle kurwa było na tym drzewie? ciepło, przyjemnie, zero niewygodnych strojów, zero korków, brak problemów z uzębieniem i podziałem majątku w razie rozwodu... arghhh... i lepiej, żeby to był cholerny pms, bo jak mi tak zostanie, to sama ze sobą długo nie wytrzymam... :(
środa, 20 stycznia 2010
wpis na ulżenie sobie
no więc dłużej nie wytrzymam i muszę sobie trochę jadu, żalu i żółci ulać. mój blog? mój. a wkurw sam się nie przegoni, prawda? no. no powiedzcie, czy tylko mnie się to przytrafia? kumulacja złośliwości losu? ktoś testuje moją wytrzymałość na podgóryzm? sprawdza ile 'przypadkowych' podcięć nóg jestem w stanie obrócić w potrójne tulupy i nie upaść ze słodkim plaśnięciem na dupsko? no bo tak: - remontujemy, nie? a w zasadzie wykańczamy. i to jest temat sam w sobie... woda która płynie, ale tylko zimna :) blaty, których nie ma, bo przecież jest jebane -15 i maszyna na wodę, która tnie cholerny kamień odmawia posłuszeństwa :) zabrakło jednej płytki i oczywiście co? przestali je produkować i w cholernym całym uniwersie nie da się jej kupić :) fachowcy używają niby tego samego języka, ale u nich 'jutro' znaczy coś zupełnie innego niż 'następnego dnia', a słownika nigdzie nie udało mi się kupić :) ale najlepsze jest to, że gdy już skończymy, czeka nas co? remont starego mieszkania :D oooooł je! - zakupiliśmy duże mieszkanie z ogromnym tarasem. że niby tak fafarafa, nie? że drinki w słoneczne południe, że wesołe wino w letnie wieczory, że poranna kawka między własną zielenią, że wybieg dla włochatej Rury... nie? NIE kurwa NIE. bo w polsce, kto by się spodziewał, przez pół roku zalega to białe gówno, które sprawia, że każde otworzenie drzwi na taras powoduje wsypanie się do środka trzech cholernych metrów sześciennych śniegu, każde wyjście psa na taras kończy się wydostawaniem go z zaspy, bo przecież nawiało tego gówna tyle z dachu, że mnie sięga do pasa, a pies się topi... ale to jeszcze nic... fachowcy, gdy montowali kibel i nie mieli gdzie siusiać, uznali, że najlepszym miejscem będzie właśnie mój taras... ale nie żeby poszli gdzieś dalej, a kurwa jest gdzie, nie! oni lali wiecie, stojąc jeszcze w salonie na śnieg kurwa tuż przy wyjściu... macie pojęcie?! osobny gatunek człowieka, słowo daję. no a teraz najlepsze... śniegu jest tyle, że trzeba go usunąć, gdyż ludzie na dachu których mamy taras mogliby być niepocieszeni, gdyby całe to białe i zasikane przez fachowców gówno spadło im do salonu, nie? mężon złamał już dwie łopaty i dogłębnie poznał koszt każdego metra tego przybytku... nie, nie kupujcie sobie pięknych tarasów w tym kraju. po pierwszej zimie już nigdy nie będą piękne, wierzcie mi. - muszę ubezpieczyć samochód. pomiędzy wypożyczaniem nart, przygotowaniami wyjazdowymi, kupowaniem euro, zakupami, sprawdzaniem, czy potrzebne są łańcuchy, załatwianiem noclegów i oczywiście mieszkaniem, tak? wreszcie znajduję wolną godzinkę, podjeżdżam do ubezpieczyciela, sterczę w kolejce, fanfaruję, gdy jest wreszcie moja kolej i co? i gówno, gdyż jest po 18-tej, a przecież trzeba zdjęcia zrobić temu samochodu w celu sprawdzeniu stanu blachu. arghhh...!!! ja pierdolę no. a jasno jest kiedy? taaaak, tylko w godzinach pracy, bo jakżeby to. - no więc jak już mam czas się zrelaksować, iść na spacer i po raz setny rzucić psu piłeczkę (taaaaak, kocham to kurwa, jak nic kocham, bo inaczej przecież bym tego nie robiła), to się okazuje, że cholerny kundel a) kuleje bo sól; b) gubi cholerną piłkę gdzieś pod śniegiem, a że to już 4 w tym tygodniu, to chodzę i kurwa szuram nogami mocząc sobie stopy aż do majtek; c) ma zapalenie uszy i oczu, bo przecież już dawno nie chorował, prawda? arghh... a z wizyta u weta naprawdę nie najdroższa jest plastikowa kasa, której i tak nie widzę... :( - no i oczywiście ta cholerna zima... czy ktoś z Was pamięta, żeby było tak dużo śniegu przez tak długi czas, z takimi mrozami, śnieżycami i zerem słońca? nie no, jest booosko... a jak sobie pomyślę, że przecież za chwilę słono zapłacę, żeby korzystać z tego białego gówna i że pojadę w miejsce, gdzie będzie go jeszcze więcej, tylko płacić za rozweselacze będę w euro, to zastanawiam się, czy już przypadkiem nie zwariowałam ;) no. to tak z grubsza tyle. oszczędzę Wam szczegółów fabrycznych, związkowych i więcej prywatnych, ale oczywiście się dzieje się. nie ma że boli. i tak o. w sensie - dupatam. trza iść po kawę. zalać białą bluzkę i godnie reprezentować firmę w rozmazanym makijażu na spotkaniu z BardzoWażnąFirmą waląc gafę za gafą... trzymajcie kciuka ;)
wtorek, 19 stycznia 2010
fotki z pamiętnika budowlańca
![]() taaaaaa-daaaaaa! święta woda popłynęła! :) nie wierzyłam, ale ja to w ogóle człowiekiem micro wiary jestem ;) dziękuję Listopadowa, bardzo dziękuję :-* ![]() a przy tym lustrze będę co rano spoglądać sobie w twarz i zastanawiać się dlaczegóż to ah dlaczegóż jestem taka fajna ;)) ![]() a tak wygląda nieskończona łazienka z dekoracyjną psią smyczą ;) ![]() usyfione luuuuuustro oraz znudzone prumiszcze siedzące na ogonie przy drzwiach wejściowych :) ![]() o, takie jest duże... ogromniaste :) to co, szykujecie się na parapetówkę? :) nooo... ja też. od pół roku w przyszłym tygodniu :)))
niedziela, 17 stycznia 2010
weekend nad morzem
w związku z tym, że ostatnio jesteśmy z mężonem tak zajęci, że nie mieliśmy czasu odmówić, daliśmy się porwać przyjaciołom nad morze. celem naładowania akumulatorów, nie? czwórka zblazowanych warszawiaków i jedna suka. w cholerę kilometrów do zrobienia. moooooorze, a w zasadzie oceany alkoholu do wypicia, spacery przy -15 po plaży i starówce gdańska. nooo... ma to swój urok, nie powiem. droga wyjazdowa w stronę pomorza była w miarę pusta. w piątek, nie? nie było na ten przykład żadnych problemów z zaparkowaniem koło plaży. a przez starówkę dało się przejść nawet z rozbrykanymi 30kg czarnego blabladora. do cukierni z najlepszymi lodami nie było jakoś kolejek i bez trudu znaleźliśmy miejsce w ogródkach piwnych, żeby usiąść z psem na grzańca :) no. a potem się okazało, że z samochodu to ten gdańsk i sopot jakiś taki ładniejszy ;) i tak o. jestem zmasakrowana, ale szczęśliwa, że już po wszystkim. zgodnie z zasadą - jak Ci ciasno, kup se kozę. jak przywykniesz, odstaw kozę, będzie nieprawdopodobnie luźno - zmęczyliśmy się tak tym odpoczywaniem, że teraz z błogą przyjemnością wrócimy do pierdolnika związanego z pracą, urządzaniem mieszkania, przeprowadzką, wyjazdem na narciochy i ogarnianiem bieżączki. jak dooooobrze być w domu :)
piątek, 15 stycznia 2010
blogus przejęty
w związku z tym, że nie mam czasu nawet przypomnieć sobie, jak się nazywam, ani zapytać o to googla, czytacze przejmują blogusa... zapraszam :) "Przejmuję Blogusa w czasie i przestrzeni pisząc notkę za autorkę, której forma psychofizyczna pozostawia wiele do życzenia. Czytelnicy, idźcie moim śladem i przysyłajcie Jolindzie własne notki tak, by Blogus Pospolitus nie zamierał. Urodzona w czasach Polski Ludowej, w młodości pochłaniająca ten system i nagle wyrwana do nowej rzeczywistości. Połączenie skromności, tradycjonalizmu z nowoczesnością, przez mądrych ludzi nazywaną high life. Zbulwersowana, wiecznie niezadowolona i roztargniona. Często prowokantka i kokietka. Kim jest Jolinda, o której istnieniu powinny dowiedzieć się władze nie tylko RP, ale i reszty świata? Jakie przesłanie zawiera jej skrupulatnie tworzony blog? Dlaczego posługuje się polszczyzną przemawiającą nawet do ludzi bez wykształcenia podstawowego? Czym jest wkurw, podczas którego należy omijać Jolindę w odległości bezpiecznej, unormowanej specjalnym rozporządzeniem MSWiA? Co ukrywa pod niewinnie wyglądającymi mądrościami życiowymi? Z kim się spotyka i pod czyimi wpływami pozostaje? Dlaczego namierzenie przez nią psiego gówna w mieszkaniu wywołuje chaos porównywalny z tym po wykryciu H15N15? Co czuje i w jaki sposób żyje pieszczotliwie nazywany przez Jolindę mężon? Dlaczego substytutem każdego imienia męskiego jest Zbigniew? Czy istnieje osoba, która potrafiłaby rozszyfrować autorkę Blogusa Pospolitusa? Z poważaniem zachwycony wkurwem psim gównem Jolindą Blogusem Pospolitusem Zbigniew."
poniedziałek, 11 stycznia 2010
WOŚP 2010 - zdjęcia
Finał. Gdzieś tak koło 17-tej. Magia telewizji... Nawet nie chce mi się pisać, jak to jest w rzeczywistości :( Grunt, że jest z tego kasa, która idzie do naprawdę potrzebujących :) I to jest mega zajebisty plus. Najwięksiejszy. Tłumaczący milion rzeczy nieprzetłumaczalnych. ![]() ![]() robot pirotechniczny. ![]() Lucek w sensie :) wiem, że nie widać, że to Lucek i że zbierał we własną puszkę, ale... jak się miało do dyspozycji tylko telefon... ;)
niedziela, 10 stycznia 2010
finał WOŚP 2010 - zdjęcia
![]() ![]() ![]() ![]() a na koniec Owsiak w biegu, tyłem i w przebraniu ;) sorry za jakość zdjęć, ale to prosto z telefonu. o. WOŚP 2010
zdjęcia z wczorajszych przygotowań do WOŚP. cisza przed burzą... ![]() ![]() niestety to tylko zdjęcia z mojego telefonu, gdyyyyyż... mężon nie jest w stanie magicznie sprawić, by zdjęcia z jego fachurskiego aparatu znalazły się w tak przyziemnej formie jak *.jpg. ale. już ja go do tego zmuszę! ...bo kto jak nie ja? no.
czwartek, 07 stycznia 2010
time to leave
jest wiele powodów, dla których postanowiliśmy się przeprowadzić. na ten przykład mieliśmy zbyt wiele wolnego czasu i za dużo pieniędzy. oraz za mało zmartwień rzecz jasna. ale dzisiaj... dzisiaj zrozumiałam, że to jest ostatni moment i że absolutnie musimy się ruszyć i że więcej nie wytrzymam. 1) rano było kurwa tyle tego białego gówna na parkingu, że ilekroć chciałam dać krok, zastanawiałam się, czy nie zostanę w tym śniegowym gównie na wieki... nie dało się też dojść do samochodu, bo między zaparkowanymi autami wytworzyły się cholerne pryzmy śniegowe. no i musiałam skrobać, nie? ja nie wiem, ale chyba specjalnie i złośliwie się produkuje takie proste cholerne skrobaczki... przecież to ma 1cm aktywnej powierzchni skrobiącej, tak? kuuuurrrrrrrrrwa. i tak, owszem, próbowałam też tych wygiętych... idealnie pasowały do szyby, ale i tak cholery skrobały tym zasranym jednym centymetrem... 2) mamy obgryzione przez kundla ściany, niebieskie meble w kuchni i generalnie mieszkanie nadające się do dość gruntownego remontu, którego od lat nie chciało nam się zrobić, a później wiadomo - nie opłacało się, bo przecież już niedługo się wyprowadzimy... proces decyzyjny, procedura przetargowa oraz wdrożenie nowego adresu zamieszkania trwała 1,5 roku... no. w tę wigilię sprzątając przed wizytacją urwałam drążek trzymający prysznic. znak taki sygnał. co i tak jest mniej drastycznym sygnałem od tego, który dostała Mamina, też w wigilię - przepełnione szambo, które nagle zaczęło wylewać pod prysznicem... całe szczęście wodą po ostatnim praniu w zmywarce ;)) no, ale urwałam ten cholerny drążek i dzisiaj mężon znalazł wreszcie chwilę, żeby go ewentualnie siłom i inteligencjom znów do ściany przysposobić. do tego niezbędne było oczywiście: sapanie, narzekanie, wyprawa po narzędzia, zakupy, więcej sapania i wiercenie. tak się chłopak rozpędził, że przewiercił się kurwa z łazienki do jedynego pomieszczenia, które względnie nie potrzebowało remontu. teraz już kurwa wszystko łatwiej tutaj zburzyć i zbudować od nowa niż próbować to odświeżyć... 3) chodzenie z kundlem po schodach to jest jakaś masakra... ja wiem, że przecież go nie noszę i że bez przesady, ale jak to głupie włochate krówsko po tym jak je zaciągnę na 3 piętro, potrafi usłyszeć, że ktoś właśnie wychodzi z klatki i pobiec na dokładkę spacerkową, to sytuacja przestaje być taka fajna. no i wtedy, gdy kochana piesiunia postanowi, że ona dzisiaj nie wejdzie na górę. bo nie umie chodzić po schodach i jej się łapy mylą i CO JEJ ZROBISZ?! a także gdy kundel ma bolącą nóżkę / jest chory / symuluje, trzeba go noooosić, a to jest 30kg żywej, wiercącej i wierzgającej wagi. 4) pojechałam ci ja, proszę Was do sklepu po robocie. to znaczy przyjechałam pod dom jak dama, zaparkowałam w brei, przedarłam się przez zaspy śnieżne i zwały błota a następnie ujebawszy buciki dotarłam do domu. po czym wpadłam na pomysł, że ten sklep. nieważne. chodzi o to, że miałam miejsce parkingowe po pracy. bo po sklepie to już kurwa jakby nie. a parking pod domem rozległy. jak na warunki warszawskie powiedziałabym że nawet taki dość egzotyczny, bo biorąc pod uwagę cenę metra - zajebiście drogi. wielki, a mimo tego ani kurwa jednego miejsca parkingowego, nie? i tak jeżdżę po nim i jeżdżę i patrzę, a tam przynajmniej połowa aut zasypana tak, że nie widać, czy przodem, czy tyłem zaparkowane. w sensie - nie jeżdżone od tygodnia. arghhh... apokalipsa! musiałam zaparkować wpizdu, gdzieś pod jakimś śmietnikiem, 3 lata świetlne od mojej klatki... i tak przyszłam zziajana, wkurzona jak kret na plaży, upieprzona tym białym gównem, z solą na butach, spojrzałam na te nasze obesrane ściany i zalany sokami dywan oraz powygryzane listwy przypodłogowe, pies mi uciekł na klatkę i musiałam się z nim ganiać, przypomniałam sobie skrobanie i akrobacje parkingowe i postanowiłam - w styczniu to wszystko się skończy! o! więc drżyjcie narody, jolinda się będzie przeprowadzać! no. od razu mi lepiej :D
środa, 06 stycznia 2010
jestem w ciąży. postanowione.
jak stać się wrogiem jolindy? otóż wystarczy w fabrycznej kuchni, w porze lanczu, gdzie wije się pierdylion osób żerujących, pijących kawę, bezkarnie plotkujących i generalnie po prostu przebywających, więc w tejże kuchni wystarczy podejść i głośno zapytać: - heeeej, jola... mogę o coś zapytać? - yy... no dawaj... w najgorszych horrorach teraz pojawia się pytanie o to, czy kupiłaś tę kieckę na wyprzedaży-wyprzedaży w sieciówce dla nastolatek, nie? albo, czy mogłabym jej zdradzić nazwę tego leku na tę przykrą weneryczną chorobę, o której opowiadałam jej po pijaku na ostatniej integracji i która tak cudownie mnie wyleczyła. ale u mnie było gorzej. - jolcia, nie obraź się... jesteś w ciąży..?!? - yyyyy.... NIE?!? no. to teraz czekam aż na naszych korpo stronach pojawi się ogłoszenie o zastępstwo na moje stanowisko. bo przecież wiadomo, że kobieta w ciąży skazana jest koniec końców na wyciskanie arbuza, a następnie długą rekonwalescencję (zwaną także błogosławionym urlopem macierzyńskim, który się spędza ze słodkim świeżo powitym maleństwem ;). a słyszało moje nerwowe zaprzeczenie zdecydowanie zbyt wiele osób, by ta plotka nie ożyła i nie miała swojego ciągu dalszego... wrrrr... i teraz co: a) jestem za gruba, tak? b) idą zwolnienia i każda rozsądna kobieta zachodzi w ciążę? c) zupełnie bez podtekstów pytająco-atakująca lasia chciała mnie wyprowadzić z równowagi? d) jestem w tym wieku, że każde moje jednoczesne zeżarcie kiszonego ogórka i słoika miodu jest podejrzane? ;) nooo. to by było na tyle jeśli chodzi o dobry nastrój dzisiaj. fak. a raczej srak, bo fak to z całą pewnością nie. o.
wtorek, 05 stycznia 2010
cudowne źródełko
pamiętacie tę baterię, z którą mi pomagaliście? i tę historię, że mam zamontowany element podtynkowy, do którego nie mogę dokupić baterii? i że zależy mi na czasie? i że to sprawa gardłowa? nooo... pomogła mi wtedy jedna dobra dusza mieszkająca w dojczlandii. kupiłam baterię w trybie ekspresowym. taniej niż w polsce, nawet doliczając przesyłkę. i wtedy, gdy już przywitałam się z gąską i już ją zjadłam z jabłkami, a na deser wciągnęłam lody malinowe, bo przecież SIĘ UDAŁO, to wtedy się okazało, że jednak ten element podtynkowy, co to mam go zainstalowanego w płytkach, to ma jednak inny numer seryjny niż sądziłam, że ma. i - uwaga - nie pasuje do mojej wymarzonej baterii, którą takim wysiłkiem międzynarodowych sił blogowych ściągnęłam z tak zwanego świata. nieee... wcale nie byłam wkurzona. wcale. jednakowoż, w związku z tym, że remont zmienia osobowość i z furiatko-wariatki zmieniłam się w oazę spokoju, bezkres cierpliwości i górę zrozumienia, postanowiłam niczym się nie zrażać i tą samą drogą kupić nowy element podtynkowy, zostawiając w spokoju moją wymarzoną baterię. aaaaale to oznaczało skucie płytek. tych co to je dopiero panowie fachowcy położyli na ścianę, prawda? no ale nic to, piękno wymaga poświęcenia. oraz kosztów. wiadomo. zamówiłam nowy, pasujący element podtynkowy. pięć razy sprawdzając, czy będzie pasował do baterii, bo głupio by było drugi raz się pomylić, prawda? zamówienie było na mega-wczoraj, ale wszystko było potwierdzone. niestety okazało się, że z okazji różnych wypadków losowych, realizacja nie była taka mega szybka, jak być miała. booo... w tak zwanym między czasie pan, który chwalił się, że ma 3 takie elementy, dwa z nich sprzedał, a jeden zarezerwował. sprawa się obsunęła... ale czym jest tydzień względem wieczności piękna mojej łazienki :) zwłaszcza przed świętami. luz. element podtynkowy przyszedł. przed skuciem siem i płytek, sprawdziłam pięć razy, czy pasuje do baterii. pasuje. alleluja! wczoraj fachowcy mieli zamontować mój nowy piękny kranik. wzięli w ręce obie części. i znacząco cmoknęli... pytam - co jest?!? znów jakiś fakap... - aaa... szefowo... to zależy, czy ma pani jeszcze gdzieś taką rurkę, której tutaj w zestawie brakuje. mam? no kurwa tylko u sąsiadów jeszcze nie szukałam... ale chyba dzisiaj to zrobię... gdyyyyyyyż... bez jebanej rurki nie da się złożyć tej baterii. rurka powinna być w zestawie. ale jej nie ma. myślę sobie - trudno, to będzie najdroższa bateria świata, ale nie ma wyjścia - trzeba cholerną rurkę dokupić. dzwonię do serwisu i mówię w czym rzecz - niestety. to nie jest część serwisowa, więc jeśli mi zginęła (a przecież nie mam dowodów na to, że mi jej nie przysłano, bo przyjęłam przesyłkę), to nie mogę jej dokupić samej, tylko w zestawie z baterią. fajnie? zaaaajebiście. jeśli kiedyś, a nadal wierzę że jednak owszem, uda mi się uruchomić ten cholerny kran i popłynie z niego woda, to wierzcie mi, że kupię duuuużo różowych plastikowych matek bosek, nabiorę wody i będę sprzedawać jako świętą. bo to będzie pieprzony cud! ![]() arrrrrrghhh...!
niedziela, 03 stycznia 2010
zimowa alergia
żyję. ale co to jest za życie... ;) jest mi niedobrze. z przejedzenia, z przepicia, z przerodzinnienia, z nadmiaru słodyczy, z przesytem 'wolnego' czasu, z przemieszkaniowieniem. z drugiej strony - komu teraz dobrze...? chcę do pracy. chcę do problemów innych niż kafelki, walka z cekolem, wybór mebli i walka z klimatyzatorami, które ktoś postawił na moim brand-new miejscu garażowym. doszliśmy do takiego zmęczenia materiału, że dzisiaj wybraliśmy się po sałatę i pomidorki, ale że przechodziliśmy obok salonu z meblami, wdepnęliśmy się rozejrzeć, a wyszliśmy z dwoma kanapami i wielgachnym lustrem, nie? a wszystko w 25 minut, z zegarkiem w ręku. aaaaaaa tak dla porównania - nasze obecne sofy kupowaliśmy w jakieś dwa miesiące. to znaczy proces decyzyjny tyle trwał, nie czas realizacji zamówienia, tak? no. a poza wszystkim, owszem, jak zaraz nie wyjadę do jakiegoś ciepłego miejsca, to oszaleję. na tapecie jest indonezja. co myślicie o borneo? albo jawie? śnieg i mróz mnie dobijają :( ja pierdyyyylę... niech już to białe gówno się weźmie i rozpuści... i niech już będzie marzec, taaaak? wiecie jak to jest wstać pierwszego stycznia o 7 rano, brodzić w cholernym śniegu przy minus-trzysta-kurwa-piędziesięciu? i brnąć przez śniegi i lody z cholernym kundlem, który jest cholernie wyspany i bardziej niż chcący zabawy. no. to ja tak mam od wigilii... :( bo cudów jakoś w te święta dla mnie zabrakło. nooo... może cudem jest fakt, że się nie zapiłam / przejadłam / zanudziłam na śmierć. wiem, nie porażam optymizmem. well... gówno mnie to obchodzi, jeśli mam być szczera ;)
czwartek, 24 grudnia 2009
prewigilia
czytałam gdzieś, że japońscy naukowcy (?) opracowali wynalazek tłumaczenia psich szczeknięć i warknięć (ciekawe, czy beknięć również) na język ludzki. podobnież sierściuchy najczęściej mówią KOCHAM CIĘ (oooo tak, pruma na 100% tak mówi za każdym otwarciem lodówki), ale też NIE CHCĘ JEŚĆ CIĄGLE TEJ SAMEJ KARMY. well... też bym nie chciała. ale tak se myślę, że nauka po raz kolejny zabrała nam coś z tak zwanego życia. no bo jeśli takie urządzenie stałoby się powszechne, to na grzyba cała ta zabawa z wigilią i czatowaniem przy zwierzętach do północy? no i co z opowieściami, którymi żyje się całe dzieciństwo? że jeden facet tak bardzo chciał podsłuchać o czym rozmawiają zwierzęta o północy, że wlazł pod koryto i czekał. ale o północy się udusił, nie? i nie mógł opowiedzieć światu, czy krowa opieprzyła konia z góry do dołu i czy świnie naprawdę opowiadają sobie świńskie dowcipy... ja tam się bardzo przejęłam taką opowieścią, ale współczesne dzieci pewnie pomyślałyby, że to wariat, bo przecież zamiast czekać w korycie mógł wziąć animalsotłumacza i po temacie. jak tam klimat świąteczny? jest magicznie? w kałużach pośniegowych, w korkach dosklepowych, w oparach pronto, w sypiących się igłach i w dźwięku koszmarnych piosenek świątecznych? nooo... :) u mnie też jest dobrze. w tym roku pierwszy raz wigilia u mnie. u nas. niekoniecznie do końca tak to zaplanowałam, ale luz, profesjonaliści dostosowują się do każdych warunków na rynku ;) nieeee.., wcale tego nie przeżywam. wcale. za radą Lamy, przede wszystkim podam duuuużo wina :) kilka krewetek, mule i tony czekolad, co to je od bizpartnerów podostawałam. potrawy tradycyjne zapewnia Pani Mama, w sensie teściowa :) chcą mieć pierogi i karpia, śmiało, se przyniosą, se zjedzą :) i tak o. obgryzione ściany, włochate dziecko, rodzina mężona, obrusy, ella fitzgerald i kolacja ze świecami. kuuuuurna się zestarzałam chyba :( dopsz. czego to ja bym Wam chciała życzyć... hmm... mmm... ... no to właśnie tego. tylko uważajcie, o czym pomyślicie, to się lubi kurna sprawdzać, a potem trzeba z tym żyć, nie? całusy, Wasza Dż. PS. Jak macie potrzebę spalić kilka świątecznych kalorii klikając w pożytecznym celu, to kliknijcie TUTAJ. Ktoś na to bardzo czeka :)
środa, 23 grudnia 2009
syndrom odstawienia
zostawiłam go. samego. bez ostrzeżenia. odwróciłam się na pięcie i wyszłam. dobry początek? koniec będzie żałosny... bo gdyż chodzi o mój telefon. byłam wczoraj zakręcona jak słoik ogórków i poplątana jak spaghetti. wychodząc zabierałam prezenty, pocztę, kurtkę, torbę, potykałam się o kable, szukałam wejściówki i karty parkingowej i z wracałam do biurka 6 razy. i właśnie dlatego zapomniałam najważniejszego. telefonu :( zorientowałam się w połowie drogi do domu. w połowie mega zakorkowanej drogi... sprawdziłam histerycznie 8 razy zawartość torebki. kieszeni. schowków w samochodzie. toreb. rozpakowałam nawet nietkniętą paczkę z niemiec, w której z jakiegoś powodu spodziewałam się odnaleźć mój zagubiony telefon... no, ale niestety. jak zaczęłam sobie wyobrażać, do jakich celów może być użyty mój telefon, a wyobraźnię mam niestety bogatą, to prawie się popłakałam ze złości. moje prywatne smsy, tak? moje jeszcze bardziej prywatne smsy, tak? dostęp do mojej cholernie prywatnej poczty, tak? dostęp do mojej korporacyjnej poczty, tak? dostęp do mojego kalendarza, gdzie mam wpisane także randki z lovelasami, tak? dostęp do mojej listy to-do, gdzie pomiędzy sprzątaniem i zakupami mam pozycje typu: odebrać 50k okupu, tak? uuuuła. się działo. na początek dostało się facetowi, który niefrasobliwie wjechał na chama przede mnie. no więc, jeśli chociaż 10% tego, czego mu życzyłam się spełni, nie będzie miał wesołych świąt chłopaczyna... potem obtrąbiłam ludzi z choinką, którzy sądzili, że spakowany sznurkiem wiecheć usprawiedliwia ich wtargnięcie pod moje koła. następnie dostał pies. bo po przyjściu do domu nie dał mi poszukać innego telefonu, z którego to mogłabym wydać rozkazy (nie wiem komu i nie wiem jakie). że niby siku i siku. a na koniec mężon. mówię mu, że ogłaszam red alert i że niestety on będzie musiał iść z psem, bo ja muszę iść ratować świat (czyt. wrócić do fabryki i odbić telefon), a on mi na to, że nie muszę. - jak to kurwa nie muszę, mój świat się wali, terroryści-psychopaci właśnie wysyłają smsy z wyznaniem miłości mojemu prezesowi, dzwonią do banku i dowiadują się, że najwięcej pieniędzy przepuszczam na wino i boczek, a współpracownicy i ludzie z mojego zespołu grzebią mi w skrzynce oznaczonej HR z wypiekami na twarzy!!! - już nie musisz, wydałem dyspozycje. dzwonili do mnie. - cooo...? i odebrałeś telefon?! - no przecież dzwonili z twojego numeru? - nooo... ale przecież nigdy ode mnie nie odbierasz..! - no. odebrałem i powiedziałem, że jesteś na maksa upierdliwa i że teraz nie mogę rozmawiać i żebyś tak często nie dzwoniła. ale jakoś udało im się przerwać i powiedzieć, że mają twój telefon i nie zawahają się go użyć. - ....i?!?!? - i kazałem im go wyciszyć i schować ci do szuflady. - co kurwa?!?!?!?!? wyciszyć?! do szuflady?! - no jakoś to przeżyjesz... to TYLKO telefon, nie? - yyy... tak. no. tylko. przeżyję. ...ja tak... jasne... ALE ŚWIAT?!? no więc łatwo nie było. cały czas nerwowo zerkałam na telefon mężona. czy może jakiś wyjątkowo zdesperowany człowiek nie zadzwoni do niego chcąc dotrzeć do mnie. ale nie. sprawdzałam, czy może ktoś nie wyśle smsa na jego numer, celem odnalezienia jolindy. ale nie. próbowałam sprawdzić firmową pocztę na jego telefonie, bo przecież być może jest to możliwe. ale nie. to było straszne. jestem uzależnioooooona :( i jak sobie wyobrażałam, że on tam sam... w tej szufladzie... wibruje sobie cichutko... i może prąd mu się skończył... i marznie... albo grzebią przy nim obce ręce... serce mi krwawiło. a przecież przed świętami powinniśmy być razem. blisko. ;)
poniedziałek, 21 grudnia 2009
apokalipsa jest blisko
dzień apokalipsy jest blisko. nie wierzycie? oto dowody: 1) jeżdżę na imprezy samochodem i odmawiam przyjmowania wina! a nie jestem w ciąży (chociaż nie wiem, czy to by mnie powstrzymało) i nie zaszyłam się na plecach i nie miałam kontaktu z kosmitami, którzy zmienili mi kilka zapadek w twarzo-mózgo-czaszce (chyba, że w dzieciństwie, ale to się nie liczy) 2) mężon zrobił mi śniadanie! sam z siebie, bez tortur i symulowania przez jolindę obłożnie chorej. zjadłam, żyję, nie? i nawet sam jeszcze pozmywał..! 3) pies marki blablador nie zeżarł mi botków, mimo że zostawiłam je przed śluzą bezpieczeństwa, czyli w jaskini lwa, czyli pumy, czyli Prumy. w sensie w psiej budzie. czytaj w naszym mieszkaniu. przy drzwiach. nie żeżarł! nie. a nie stracił wszystkich zębów i nie muszę mu gotować ptapty z ryżu i kurczaczego mięsa. zeżarł patyka. ZAMIAST... dacie wiarę?! 4) a teraz się trzymajcie: nooo... nie mogę się też doczekać świąt :))) ...w święta nikt nie będzie mi kazał zasuwać 8h przy taśmie, a następnie 4h przy kompie planując garderobę-srobę, ustawienie garnków, czy zajmując się sprowadzaniem części, które nie wiem do czego służą zza granicy. no i w weekend świąteczny być może nie będę musiała jeździć na szmacie i moczyć ręki w domestosie. armagiedon, nie? :)
niedziela, 20 grudnia 2009
konsulting przeprowadzkowy
gdyby ktoś z Was chciał zmienić swoje stare mieszkanie na brand new nowe, toooo... zapraszam do mnie. zaoszczędzicie minimum kilkaset tysięcy :) no i ile nerwów..! biorę 2%, ale można negocjować winem... bo wiecie, wystarczy dwa razy posprzątać nowe mieszkanie i już się wie. ja wiem. i mogę udostępnić swoje mieszkanie do dowolnej liczby prób sprzątaniowych. ludziom do szczęścia nie potrzeba wcale takiej przestrzeni... serio. wystarczy jedna izba, palenisko po środku i kilka wnęk po kątach. arghh... dzisiaj drugi dzień jeżdżenia na szmacie i walki z cekolem. a ma skurczybyk gdzie włazić i skąd wychodzić. moje specjalno-psie grafitowe płytki w fakturę mikrokratkową (żeby się psu łapy nie rozjeżdżały) idealnie wręcz przyciągają cały ten biały-poremontowy syf. mop to cholerstwo tylko rozmazuje, więc pozostaje mi szczotkowanie podłogi na kolanach, jak na cholernym jachcie. tylko jakby nie można się przy tej robocie opalić... wszystko mnie boli, połamałam już kilka paznokci, skóra dłoni nawykła do klepania w klawiaturę przypomina teraz pumeks, a moim największym przyjacielem nagle przestały być diamenty i obcasy, a stały się podwinięte do kostek dżiny i rozciągnięte t-shirty mężona. RATUNKU. i do tego wszystkiego, mój pracodawca nie daje mi w pakiecie masaży. pffff... chyba muszę renegocjować kontrakt ;)
środa, 16 grudnia 2009
sryjka wigilijka
ile już wigilii i wigilijek za Wami w tym roku? ja obskoczyłam już 4, a jeszcze drugie tyle przede mną... z kontrahentem, z prawnikami moimi ulubionymi, wewnątrzfirmowa, działowa, z przyjaciółmi, znajomymi i psem. jakiś szał wigiliowy. i tak szczerze? nie mogę już patrzeć na śledzie, uszka, pierogi i sałatkę warzywną, którą z nieodgadnionych dla mnie powodów serwuje się w polsce zawsze i z każdej okazji. i te dyskusje, czy w kostkę, czy w talarki... ja pierdziu... no i jedno jest pewne, nie może być za drobno. to już wolę wielogodzinne dyskusje fabryczne o głębi fioletu ;) takżeten - Mamina ma przechlapane, bo obawiam się, że o ile nie rzuci na stół schabowego, nie spojrzę nawet na te wszystkie veg-tradycyjne-świństwa ;) tylko do wina jakoś nie nabrałam awersji, no ale podobnież to nie jest tradycyjna polska potrawa wigilijna...tak mi powiedziano. hmm... ale jeśli nie wino, to przepraszam co? wódka, czy bimberek? bo o ile znam polaków, to zawsze na stole stał jakiś alkohol, nie? i tak o. mam dość. i wcale nie chcę świąt. zanim się na dobre zaczęło, zmęczyłam się tematem. z drugiej strony teraz jest nawet miło. co nie otworzę paczki, to udany prezent. wino :D jak to jest, że partnerzy biz mnie tak dobrze znają, a ciocio-babcie i inne wujko-sąsiady już nie? a Wy kiedy obchodzicie Wigilię w tym roku? :) ale wiecie? nie słyszałam tego jeszcze w tym roku! no, ale to pewnie dlatego, że szerokim łukiem omijam sklepy, a stacje radiowe dobieram wg naprawdę dziwnego klucza ;)
poniedziałek, 14 grudnia 2009
cudowne skurczenie
kilka razy słyszałam o cudownym rozmnożeniu. taka maryja panna, czy ta historia z rybami i chlebem... ale to pryszcz - Mamina ma taką moc, że z jednego jajka, paczki makaronu i kilku pomidorów oraz tego, co jeszcze uda jej się znaleźć w domu, potrafi wyczarować wystawny obiad dla 8 osób... no, ale ja o sytuacji przeciwnej. cudowne skurczenie. redukcja. ja rozumiem, że czekolada ulega takiej redukcji sama z siebie. po prostu wietrzeje. wiem, że czasami cała paczka wafelków czekoladowych potrafi zniknąć, mimo, że mężon je dopiero pierwszego. nieustająco przez godzinę. pierwszego. kurczą się też same spódnice oraz topnieje kupka pieniędzy na koncie. to są zjawiska powszechnie znane w przyrodzie. nooo... ale nie wiem, czy istnieją równie przebiegłe co mężon korniki. żeby tak zjeść kilkanaście metrów parkietu i nie pozostawić żadnego śladu? bo tak: mamy do zaparkietowania X metrów powierzchni... dla pewności kupiliśmy X + 10%. no i co? i domino. zabrakło. a ścinek prawie wcale nie było, więc nawet mnie nie denerwujcie... i teraz tak - uważacie, że lepiej nie mieć parkietu pod łóżkiem, czy może na środku salonu i zrobić sobie wpuszczany dywan? :D kuuuuuuurna no. i tak ze wszystkim... :(
niedziela, 13 grudnia 2009
|
Archiwum
Zakładki:
Tak też można czytać
Mamina z mojej pamięci
Napiszesz do mnie?
Podróże
Sprawdź również
Reklama na blogach - Blogvertising.pl
|